Nie taki PRosty PoRód

W poniedziałek 15 stycznia jak zwykle musiałam być w pracy. Niestety nie było możliwości zamienić się tego dnia na dyżury z koleżanką, więc wyjechałam z domu na popołudniową zmianę na 15. Ledwo zdążyłam dojechać do pracy, Tomek zadzwonił, że Elmirce odeszły wody. Chcąc nie chcąc pozostało mi jedynie trzymać kciuki, żeby dotychczasowe doświadczenia wystarczyły, by mógł poradzić sobie z tym sam.

Do tej pory tylko jeden poród Tomek musiał odbierać beze mnie. To było przy miocie D, kiedy Whisper postanowiła nie czekać na mój powrót z RPA w poniedziałek i maluchy urodziły się w piątek. Pamiętam,że to była nasza najdłuższa i najdroższa rozmowa zagraniczna, kiedy próbowałam mu podpowiadać co robić przez telefon. Na szczęście z pomoca mojej mamy udało mu się ogarnąć wszystko i cała czwórka – Whisper i trójka maluchów witała mnie po powrocie. Liczyłam, że tym razem też jakoś się uda.

Elmirka i miot P

_ZEN6459

Nie ukrywam jednak, że kosztowało mnie to dużo nerwów, żeby spokojnie wysiedzieć w pracy, gdy wiedziałam, że kilkanaście ulic dalej Elma czeka na maluszki. Przyjmowanie pacjentów co prawda odwracało moją uwagę, ale kiedy w poczekalni zrobiło się na chwilę pusto, a do końca dyżuru jeszcze trochę brakowało, myślami byłam w domu, a uchem przy teleonie. Kiedy po półtorej godzinie Elmirka nie urodziła jeszcze żadnego maluszka zaczynałam się martwić. Według relacji Tomka chodziła po łóżku, kopała prześcieradło i jakoś nie mogła sobie znaleźć miejsca. A zazwyczaj szybko jej szło od pierwszych sygnałów porodu. Stres mnie zjadał… Na szczęście koło 17:00 Tomek zadzwonił powiedzieć, że właśnie odebrał pierwszego maluszka. Udało mu sie nawet podwiązać pępowinę i zważyć maluszka. Po niecałych 30 minutach informacja, że na świat przyszedł drugi kociak. Mój mąż znów stanął na wysokości zadania i mimo stresu jaki przeżywał w pojedynkę, dał radę ogarnąć również tego maluszka. Mi w głowie tłukło się tylko, że powinnam tam być. Na szczęście ku mojej radości chwilę później dostałam sms, że jedzie mnie zmienić dr Agata i mogę powoli zbierać się do domu. (Jeszcze raz serdeczne dzięki, bo to wiele dla mnie znaczyło 🙂 )

Szybkie przebranie się, błyskawiczny przejazd do domu, nawet jak na moją narwaną jazdę, Tomek na telefonie, że może chociaż na ostatniego zdążę i… musiał się rozłączyć, bo chyba jednak nie. W domu musiałam zrzucić z siebie ubranie, szybko porządnie umyć ręce, by pomóc Tomkowi z ostatnim kociakiem, który nie kwapił się aż tak do przyjścia na świat. Na szczęście dojechałam w porę i dane mi było podwiązać chociaż jedną pępowinę. Cała trójka maluszków – dwóch chłopców i dziewczynka – miała bardzo zbliżoną wagę – zarówno zaraz po urodzeniu, jak i po dokładnym osuszeniu (mokry kociak zazwyczaj waży nieco więcej niż suchy 😉 ). Elma też wydawała się być w formie, mimo że udało się jej zjeść dwa z trzech łożysk. Niestety mając do dyspozycji tylko dwie ręce Tomek nie dał rady zabrać ich na czas. Odkąd przy pierwszym porodzie Whisper zatruła się po takim posiłku, staramy się nie dopuszczać do takich sytuacji. Dokarmiliśmy ją jeszcze musem dla kociąt, żeby uzupełnić kalorie, które spaliła podczas porodu.

Niestety kiedy już w nocy leżeliśmy wszyscy w łóżku, ja drzemałam na tzw. standby’u pojawiły się kłopoty. Tomek obudził mnie stwierdzeniem, że Elmirka chyba się źle czuje, bo się intensywnie oblizuje. Ledwo zdążyłam otworzyć oczy, zobaczyłam soczystego „hafta” naszej kotki. Wymioty to nie jest coś co człowiek chce zobaczyć zaraz po przebudzeniu. Na szczęście dzięki szybkiemu podaniu leków przeciwwymiotnych, które miałam w domu, na pojedynczej akcji się skończyło. Po wszystkim Elma po prostu chciała iść spać. Oczywiście już w nowym, czystym legowisku. Jednak fakt, że nasze koty lubią rodzić w kartonowym pudełku ma swoje zalety. Zwłaszcza, gdy można się go łatwo i szybko pozbyć bez zbędnych sentymentów.

Następnego dnia Elmirka zachowywała się normalnie, miała apetyt, piła, opiekowała się maluszkami. Miałam nadzieję, że może to rzeczywiście jednorazowy problem i kotka szybko się zregeneruje. Niestety problemem okazały się kociaki, bo kolejne pomiary przyrostów maluszków były nieco niepokojące – dobowo przybierały mniej niż się spodziewaliśmy. Zdarzało im się bić się o dostęp do sutków i piszczeć przy tym. Rozważaliśmy dokarmianie, podejrzewaliśmy, że Elma może mieć za mało mleka. Baliśmy się, że może coś jest z nimi nie tak. Winiłam siebie, że nie było mnie przy porodzie, bo może coś nam umknęło. Nie chciałam jednak pochopnie jechać z nimi do lecznicy, gdzie w ostatnim czasie mieliśmy pacjentów również z chorobami zakaźnymi. Postanowiliśmy poczekać jeszcze jeden dzień i jeśli nie będzie poprawy u maluszków – zacząć działać.

Rano waga pokazała, że kociaki przybrały od poprzedniego ważenia, ale nadal martwiły nas niewielkie zmiany w tym zakresie. Elmirka co prawda czuła się nienajgorzej, jadła więcej niż zwykle – co było normalne biorąc pod uwagę laktację, zajmowała się kociakiami, korzystała z kuwety i nie dawała poznać, że coś jej dolega, ale przede mną nie mogła się ukryć. W porównaniu z poprzednim dniem odniosłam wrażenie, że jest nieco odwodniona i nieco słabsza. Pojechaliśmy do lecznicy po leki. W domu założyłam kotce wenflon, podłączyłam płyny i elektrolity. Doustnie (dopyszcznie) dostała suplementy witaminowe i ziołowy preparat przeciwstresowy. Już po godzinie od włączenia kroplówki Elma była lepsza. Być może ktoś inny nie zauważyłby żadnej różnicy, ale dla mnie była wyraźna. Wieczorne ważenie maluszków pokazało większe przyrosty niż poprzednio, więc założyliśmy, że wszystko idzie w dobrą stronę.

Na wszelki wypadek zostawiliśmy jeszcze wenflon i postanowiliśmy obserwować Elmirkę. Nasza mamuśka była bardziej aktywna, nie tylko podczas pielęgnacji kociaków, ale także chętniej wychodziła z budki, chociażby po to by sprawdzić czy wszystko w domu jest w porządku. Waga puchatych kulek zaczęła znacząco rosnąć z pomiaru na pomiar. Następnego dnia widać było, że sytuacja się ustabilizowała i wszystko idzie ku lepszemu. Zdjęliśmy Elmie wenflon.

Helenka i miot R

_ZEN6462

Stopniowo przygotowywaliśmy się na Helenkę, która w czwartkowy wieczór zaczynała sobie powoli szukać miejsca. W nocy czuwaliśmy, ale Hela wystawiła nas okrutnie, bo do rana smacznie przespała. W piątek po powrocie z porannego dyżuru zauważyłam, że nieco niżej „nosi” brzuch co zdarza się przed porodem. Tomek orzekł, że kotka urodzi tego dnia. Helena miała jednak na to swoje zdanie i znowu stwierdziła, że jednak jeszcze nie dzisiaj.

W sobotę od rana nie mogła przestać kopać sobie miejsca w naszym łóżku. Ponieważ nasze „porodowe” (czytaj dziurawe) prześcieradło akurat się suszyło po praniu, a nie chciałam mieć kolejnego z dziurami, postanowiłam z nią posiedzieć. Po pierwsze żeby ją trochę uspokoić, po drugie, żeby ocalić pościel. Po krótkim czasie Helenka w końcu ułożyła się koło mnie, przytuliła i… zasnęła. Potem jeszcze robiła sobie przerwy na kuwetę, posiłek, wycieczki po domu i kopanie pod kołdrą. A na koniec i tak przychodziła koło mnie i ucinała sobie drzemkę.

Wieczorem, kiedy już skończyłam pracę na laptopie i zaczęłam oglądać film, Hela stwierdziła, że to chyba już. Wszystko było przygotowane, więc tylko zadzwoniłam po Tomka, który pracował w swoim biurze na końcu korytarza. Posiedział z nami kilkanaście minut, a kiedy Hela znowu zasnęła wrócił do siebie. I tak jeszcze kilka razy. Film zdążyłam obejrzeć od połowy, zanim poród rzeczywiście się zaczął.

Pierwszy maluch okazał się dziewczynką, całkiem sporych rozmiarów i słusznej wagi 103 gramów. Kotka rodziła się główką do przodu i poczatkowo zobaczyłam tylko nos i język wystające z Helenki, zanim reszta malutkiej pojawiła się na świecie. Podwiązanie pępowiny, ważenie chwilę nam zajęło, a Hela w tym czasie ogarniała siebie. Potem daliśmy jej czas na zajęcie się maluszkiem. Nawet nie miała wcześniejszych skurczy, kiedy urodziła drugiego kociaka. Trzeci wyszedł niespełna chwilę później. Może odbyło się to tak szybko, bo kolejne dziewczynki ważyły odpowiednio 98 i 99 gramów.

Zanim jednak udało nam się zważyć ostatnią malutką, trzeba było podwiązać pępowinę i nieco osuszyć futerko. Jak tylko zabrałam kotkę razem z łożyskiem, okazało się, że dziewczynka nie oddycha i jest sina. Szybko otworzyłam jej pyszczek, usunęłam zalegająca niewielką ilość śluzu z wód płodowych, odessałam trochę przez nozdrza i zaczęłam ją intensywnie masować. Malutka złapała pierwszy oddech, pisnęła, na chwilę jakby nabrała kolorów. Niestety po chwili znów nie nabrała drugiego oddechu i znów zrobiła się sina. Gdzieś tam we mnie pojawił się lęk, że się nie uda, ale nie mogłam go w tej chwili dopuścić do głowy, bo trzeba było działać. Jeszcze raz sprawdziłam czy w jamie ustnej i nosowej nie zalega żaden płyn. Delikatnie potrząsnęłam malutką, by ewentualna zalegająca wydzielina w drogach oddechowych spłynęła do przodu. W miarę mocno wytarłam pyszczek i nos, by pobudzić nerw błędny odpowiadający m.in za oddychanie. Zaczęłam intensywny masaż pobudzające krążenie. Na szczęście po chwili malutka załapała, zaczęła oddychać, nabrała kolorów i zaczęła domagać się jedzenia. Oboje z Tomkiem poczuliśmy ulgę. Wiedzieliśmy, że przez kolejne dni będziemy ją bacznie obserwować

Tym razem byliśmy przy porodzie razem, co daje dodatkową parę rąk. Pomoc porodowa szła sprawnie, szybko, by Hela jak najwcześniej dostała z powrotem maluszki. Udało się też zabrać wszystkie łożyska, by uniknąć kłopotów, jak z Elmą. Mimo to wiedzieliśmy, że kolejne noce mamy w trybie czuwania i wstawania co kilka godzin, by przypilnować zarówno kociaki Elmy, jak i Heli. Reagowaliśmy na każde piśnięcie, sprawdzaliśmy czy wszystkie piją, czy te mniejsze mają dostęp do sutków z większa ilością mleka itd.

Mimo, że na początku dziewczyny osobno opiekowały się swoimi dziećmi, to chcieliśmy dać im możliwość uzupełnienia się w tych obowiązkach, jak już trochę ochłoną. Nie było z tym problemu, od razu się dogadały, wbrew obawom nie podkradały sobie kociaków i nie kłóciły o nie. Widać, że się dobrze ze sobą czuły 🙂

Na początku tylko, kiedy zabraliśmy maluszki Helenki do kociego pokoju, gdzie była Elma, kotka chyba nie była zadowolona, bo stwierdziła, że musi je zabrać z powrotem.

Było to o tyle dziwne, że zaniosła je do naszego łóżka po czym… poszła do kociego pokoju i siedziała z Elmą i jej dziećmi. Koniec końców przynieśliśmy jej kociaki z powrotem do niej.

 

Dziewczyny ładnie się nawzajem opiekowały kociakami. Elma nawet pilnowała, żeby żaden nie wypełzł poza legowisko, a jak któryś za dalego się przeczołgał – zabierała go z powrotem.

_ZEN6487

 

Nawet Cody przyszedł zobaczyć swoje dzieci i trochę przy nich pomóc – wylizywał je, a także asystował dziewczynom we własnej toalecie i np. mył im uszy 🙂 A kiedy nasze matki chciały nieco odpocząć od matkowania, wchodziły m.in. do budki na szafce. Raz nawet Cody postanowił im towarzyszyć. Miałam dość szczęścia, żeby uchwycić to w kadrze.

_ZEN6498