Kangur w kociej hodowli
Jak pewnie większość z Was wie, od czerwca 2020 roku mieliśmy pod opieką małego kangurka, który dostał od nas imię Joey. Początki nie były łatwe, ale jakoś udało nam się wyprowadzić chłopaka na prostą. O tych perypetiach możecie przeczytać TUTAJ.
Początkowym założeniem było, że Joey będzie u nas na czas odchowania. Miało to być do ukończenia przez niego 9 miesiąca życia, czyli tyle ile małe kangurki korzystają z maminej torby do spania i ochrony. Wypadało to mniej więcej we wrześniu 2020. Jednak warunki w miejscu, z którego Joey pochodził nieco się wtedy zmieniły i w tamtym czasie mały nie mógł jeszcze wrócić na wybieg. Zdecydowaliśmy się zostawić go do 12 miesiąca, czyli tyle ile maluchy popijają jeszcze mleko (oprócz oczywiście innych pokarmów). U nas był już przyzwyczajony do planu dnia, rozkładu pomieszczeń i godzin karmienia. Z czasem tak się ogarnął, że nieraz wystarczyło tylko przygotować butelkę i mu ją przytrzymać. Biorąc pod uwagę jego trudne początki, nie chcieliśmy ryzykować, że kolejna zmiana miejsca, stres związany z rozstaniem z nami, znów będą przyczyną jego problemów zdrowotnych. Stanęło na tym, że w teorii Joey miał jeszcze u nas mieszkać do grudnia.
Czas płynął, a my coraz bardziej przywiązywaliśmy się do tej białej przerośniętej myszy. Zastanawialiśmy się, co będzie dla niego najlepszym wyjściem.
Braliśmy pod uwagę sytuację, w której Joey nie mógłby w ogóle wrócić do swojego pierwotnego domu. Rozważaliśmy różne opcje – znalezienie innego ośrodka z kangurami tego gatunku, czy nawet ogród zoologiczny. Mieliśmy na oku kilka miejsc. Kangur rdzawoszyi nie jest typowym zwierzęciem towarzyszącym, ma inne potrzeby niż pies czy kot. Chcieliśmy, żeby miał dobre i spełnione życie.
Pojawił się jednak problem natury socjalnej. Joey został praktycznie w pełni wychowany przez nas, nie mając kontaktu z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Do towarzystwa miał jedynie koty, ale to inny rodzaj relacji w stadzie.
Istniała możliwość, że dołączając do innych kangurów, może mieć problem z nawiązaniem relacji i prawidłowym funkcjonowanie w stadzie. Jako samiec byłby też narażony na agresję ze strony innych samców w próbach ustalania hierarchii i dominacji. Takie sprawy nie zawsze kończą się dobrze.
Kolejna rzecz, która nas martwiła, to jego stan zdrowia. Po tej całej walce o niego na samym początku, nieprzespanych nocach, intensywnej opiece, byliśmy wrażliwi na tym punkcie. W stadzie, na wybiegu dużo trudniej monitorować niepokojące objawy u pojedynczego zwierzęcia. Bywa, że pewne symptomy są niezauważalne, albo ich stwierdzenie następuje gdy problem jest bardzo zaawansowany lub gdy jest za późno.
U nas w domu Joey jest cały czas na widoku, ma sprzątany pokój 2-3 x dziennie i na bieżąco widzimy ile zjada i jak się załatwia. Jak tylko było widać, że np. po dłuższym spacerze w ogrodzie psiknął albo dostał kataru, to od razu dostawał odpowiednie zioła, witaminy i coś na odporność, żeby nie rozwinęła się z tego infekcja. Jak wypuszczaliśmy go nawet na chwilę zimą, to wychodził w obowiązkowym swetrze. Mimo, że ten gatunek podobno radzi sobie w naszym klimacie o tej porze roku, to nie chcieliśmy ryzykować przeziębienia.
Pod względem żywienia i zdrowia, kangury są trochę podobne do królików. Wciąż pamiętamy, że straciliśmy naszą kicatą Polę przez nadostre i nagłe zapalenie płuc, które zabrało ją w jedną noc. O Marcela walczyliśmy długo, ale też przegraliśmy tę walkę. (O wszystkim możecie przeczytać TUTAJ) Dlatego teraz tak bardzo jesteśmy wyczuleni na punkcie zdrowia Joey’ego.
Przerażało mnie, że ktoś mógłby kiedyś poinformować nas, że niestety Joey nie żyje, bo nie dogadał się z grupą kangurów, albo zabrała go jakaś infekcja, czy inna choroba (np. kokcydioza). Wiedziałam, że w takiej sytuacji miałabym do siebie pretensje, że w ogóle go oddaliśmy.
Dlatego koniec końców, postanowiliśmy, że Joey zostanie z nami. Na wiosnę 2021 robiliśmy ogród i już w tych planach uwzględniliśmy poprawki na kangura. W tylnej części ogrodu zagospodarowaliśmy część na kangurze pastwisko, gdzie zamiast standardowego trawnika wysialiśmy specjalną mieszankę. Niektóre rośliny, jak np. babka lancetowata niestety z czasem rozsiewają się na pozostałą część ogrodu, ale Joey i tak je jakoś znajduje.
W miejscu płotu stanęły pełne przęsła, a tam gdzie kangur spędza więcej czasu musieliśmy wstawić elementy wysokie na 1,8m. Co prawda w domu Joey nie wskakuje nawet na kanapę, ale nigdy nic nie wiadomo. Pełny płot musi też być ze względów bezpieczeństwa. Gdyby mały się czegoś wystraszył, mógłby wpaść na siatkę i zrobić sobie krzywdę lub utknąć między oczkami jakąś częścią ciała.
Do tej pory nie wiemy jak ostatecznie wyjaśnić kotom, że mają do dyspozycji o jeden pokój mniej. Helena i Whisper w okresie grzewczym, przy każdej okazji pakują się na tamten grzejnik i ucinają drzemki. Trochę nam szkoda miejsca do zabawy na drapakach, ale Joey też musi mieć swoje miejsce, kiedy idziemy spać, albo nie ma nas w domu.
A jaki jest Joey? Jakie ma zwyczaje i jak sobie u nas radzi? Już niedługo będzie można o tym poczytać w jego indywidualnym profilu 🙂
















