Świat bez…

Dwa tygodnie temu był czarny wtorek. Przynajmniej dla nas. I jak się później okazało był to dopiero bardzo zły początek. Poniedziałkowy wieczór nie zapowiadał, żeby miało się stać coś złego. Jak zwykle koty dostały kolację, Marceli i Pola mieli do schrupania sporą marchew, którą od razu obwąchały po włożeniu do klatki. Poszliśmy spać, bo wtorek miał zacząć się dla mnie zajęciami w szkole, potem popołudniowy dyżur w lecznicy, by zjechać do domu przed dziewiątą na kolejną kocio – króliczą kolację.

Nie należymy do rannych ptaszków, więc poranki zazwyczaj przebiegają w pośpiechu – wstać, ogarnąć się, w międzyczasie nakarmić koty, króliki i uciekać do pracy. Jednak, kiedy weszłam do pokoju, gdzie stoi klatka królików – zamarłam. Marceli siedział skulony w kącie, a po drugiej stronie leżała Pola… Nie zareagowała na moje wejście, czas śniadania… Już pomału docierało do mnie, że stało się coś złego, ale jeszcze ją zawołałam po imieniu. One czasami tak się kładą i mnie „straszą”, ale jak je wołam, to podnoszą łepek i patrzą na mnie jak na paranoiczkę. Ale nie tym razem, tym razem Pola ani drgnęła…. Jeszcze zanim ją dotknęłam, zawołałam Tomka, który akurat rozmawiał przez telefon. Pola była zimna, sztywna… Poli nie było…

Zabraliśmy ją, posprzątałam klatkę. Spróbowałam pocieszyć Marcela, ale wcale nie miał ochoty się przytulać, tylko uciekał do swojego narożnika i siedział… Nie wiedzieliśmy co się stało, więc zadzwoniłam do koleżanki – doktor Pauli Dziubińskiej – Bartylak z lecznicy Sowa Egzotica w Bydgoszczy, z prośba o sekcję. (Nasze króliki kocham, ale medycznie nie jest to gatunek, który znam tak dobrze jak koty.) To nie była łatwa decyzja, ale musieliśmy to zrobić ze względu na Marcela. Skoro nie było żadnych niepokojących objawów i nic nie zapowiadało tego co się stało z Pola, nie wiadomo było, jaka jest przyczyna. Martwiliśmy się o Marcela. Chcieliśmy wiedzieć, co możemy zrobić, żeby nie spotkało go to samo.

Po wyparzeniu całego dołu klatki, kuwet, misek itd. wysypałam nowe siano, dałam do króliczego domku kocyk elektryczny, żeby Marcel mógł się dzięki niemu ogrzać, skoro nie było już Poli… Obejrzałam go od czubka nosa po ogonek, ale nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Jednak poprzedniego dnia po Poli, też nie było nic widać. Przestawiłam klatkę z kociego pokoju, tak by mógł widzieć wszystko, co się dzieje w domu. Do tej pory Marcel i Pola raczej woleli swoje wzajemne towarzystwo i nie mieli ochoty socjalizować się za bardzo z kotami, czy w ogóle wychodzić z klatki. Kiedyś próbowaliśmy ich do tego zachęcić, ale stwierdziliśmy, że nic na siłę. Teraz Marcel został sam, więc chciałam, żeby nie czuł się aż tak samotny. Ciepła poduszka dodatkowo zapewniła mu towarzystwo Elmirki, która przychodziła z nim posiedzieć w domku. Ogarniając sytuację nie dotarłam na pierwsze zajęcia w szkole, będąc w lecznicy dzwoniłam do domu w przerwach między wizytami, z pytaniem czy z Marcelem wszystko ok.

Po powrocie z pracy zbadałam Marcela jeszcze raz – w okolicy nosa pojawiała się niewielka ilość wydzieliny, osłuchowo nie spodobało mi się coś w płucach. Zadzwoniłam do Pauli – wstępna sekcja Poli wskazywała na ostre zapalenie płuc, takie, które przychodzi podstępnie, bez objawów i zabiera królika w ciągu kilku godzin. (Na szczęście nie groźne dla kotów.) Zapadła decyzja, by Marceli dostał antybiotyki i leki przeciwzapalne, po które Tomek pojechał do lecznicy. W tym czasie podałam króliczkowi coś na wspomaganie odporności, witaminy. Na szczęście jadł, nie było innych problemów poza lekkim katarem. Ale i tak bałam się o niego.

Minęło parę dni leczenia, Marcel wydawał się dobrze funkcjonować, katar zniknął, przy osłuchiwaniu też było lepiej. Apetyt mu dopisywał, zjadał zarówno suche, jak i świeże zioła, warzywa, granulat. W piątek jednak zaniepokoił mnie jego brzuszek, wydał mi się powiększony, napięty przy omacywaniu. Po dokładniejszym badaniu stwierdziłam wzdęcie żołądka. Skonsultowałam z Paulą plan leczenia, ale na wszelki wypadek podjechałam do lecznicy Sowa Egzotica. Na szczęście udało się ogarnąć problem i wzdęcie zeszło. Liczyłam, że to koniec problemu, ale nie. Marcel dalej jadł tyle co zwykle, ale przestał się załatwiać. W sobotę doktor Paula zdiagnozowała u niego atonię jelit – osłuchowo nad jamą brzuszną było przerażająco cicho, a powinno być słychać „bulgotanie”, przelewanie. USG potwierdziło, że treść pokarmowa się nie przemieszcza. Padła decyzja, że Marcel zostaje na szpitalu na parę godzin. Dostał leki, płyny i towarzystwo króliczki, która wybudziła się po zabiegu i siedziała w klatce obok.

Na noc już Marcel wrócił do domu. Jak tylko przyjechał przyłożyłam stetoskop do brzucha – powoli coś tam bulgotało, słabiej niż normalnie, ale było lepsze niż cisza. Koło czwartej nad ranem w kuwecie pojawiły się pierwsze bobki. Nie sądziłam, że kiedyś będę się tak cieszyć z króliczego bobka jak wtedy….

Wszystko zdawało się wracać do normy. Pomału odstawiliśmy antybiotyki, zostały preparaty podnoszące odporność, witaminy, karma ratunkowa raz na jakiś czas i zioła. Marcel częściej wychodził pokładać na zewnątrz domku, gonił Elmę, kiedy do niego wchodziła. Na wszelki wypadek cały czas miał w domku do dyspozycji ciepłą poduszkę i Elmirka próbowała z niej korzystać, kiedy Marcela nie było w środku. Jemu niespecjalnie się to spodobało…

Mieliśmy nadzieję, że chyba najgorsze za nami, pomału oswajaliśmy się z trybem życia, w którym jest tylko jeden królik. Pojechaliśmy na wystawę do Torunia z kotami. Marcel miał do towarzystwa Whisper, która co jakiś czas podpijała mu wodę z miski i Dziabąga, który całkowicie ignorował klatkę. No może poza sytuacjami, kiedy przyszedł się poocierać o narożnik. W sobotę wieczorem po powrocie z pierwszego dnia wystawy miałam wrażenie, że Marcel nieco mniej je i mniej bobczy. Osłuchałam go, również w niedzielę rano i wieczorem. W środku przelewało się i bulgotało, jak trzeba. Chyba wpadałam w paranoję. Może wydawał mi się przygnębiony, bo nie było nas za bardzo przez te dwa dni w domu?

Samotność Marcela była dla mnie przygnębiająca. Nie był typem na tyle towarzyskim, by zaprzyjaźnić się i bawić z kotami, gdy przeprowadziliśmy się z Olsztyna do Bydgoszczy. Nie udało mi się zachęcić go do wychodzenia z klatki i bliższego kontaktu z nami.  Nie chcieliśmy żeby był nieszczęśliwy z powodu braku towarzystwa. Między innymi to było powodem, że pojawiła się u nas Pola. A teraz znów patrzyłam, jak nie potrafi się odnaleźć w świecie, w którym nie ma Poli… i być może czuje, że został sam… Planowaliśmy nie mieć kolejnych królików, ale zaczynałam się łamać, że chyba jednak, jak się wszystko uspokoi, to może….  poszukać za jakiś czas towarzystwa dla Marcela.

Na razie jednak chcieliśmy wyprowadzić go na prostą, zanim dostarczymy pozytywnych wrażeń. W poniedziałek wolałam zasięgnąć drugiej opinii w sprawie mojej paranoi o depresję (złe samopoczucie) Marcela. Kiedy byłam na dyżurze u siebie w lecznicy, Tomek pojechał z nim do doktor Pauli. Okazało się, że prawdopodobnie odzywają się znów problemy stomatologiczne, które ogarnialiśmy pół roku temu (o tym TUTAJ). W planach był zabieg korekty uzębienia. Trochę się uspokoiłam, że chociaż wiemy, co mu jest (i że nie mam urojeń).

Nim zdążyłam wyjść z pracy zadzwonił Tomek. Po powrocie do domu Marcel dostał zaburzeń neurologicznych, nie był w staniu ustać, przewracał się, kręcił głową. Chłopaki szybko wracali do „Sowy”. Nie wiedziałam czy mały dostał jakiejś reakcji na leki podane w związku z zębami, czy powróciła zmora przeszłości, z którą poprzednio zmagaliśmy się w 2013 roku. Podejrzewałam to drugie. Akurat kończyłam dyżur, na wszelki wypadek zapakowałam proszki na EC, zamknęłam szybko lecznicę i dojechałam do nich. Dzięki lekom i opiece w lecznicy Sowa Egzotica, udało się opanować atak neurologiczny, ale Marcel musiał być w zasłoniętym transporterku, inaczej atak się nasilał. Nasz królik znów zmagał się z encephalitozoonozą (EC), która dała o sobie znać po tych wszystkich stresach, chorobach i spadkach odporności (mimo, że cały czas staraliśmy się ją wspomagać). Poprzednio oprócz antybiotyków, ściągaliśmy leki z Niemiec (były i nadal są niedostępne w Polsce) i czekaliśmy na przesyłkę. Teraz miałam już preparat na miejscu, na wszelki wypadek i to właśnie zabrałam z pracy. Marcel od razu dostał pierwszą dawkę.

W nocy spaliśmy rozrzuceni po domu – Tomek w salonie, a ja w sypialni z Marcelem w zasłoniętym transporterze na poduszce. Cały czas przy zapalonym świetle, żebym w razie czego szybko mogła widzieć co z królikiem. Nie powiem, że dobrze spałam, bo co jakiś czas budziłam się by dać Marcelowi wody lub coś do jedzenia. Na szczęście tym razem nie miał z tym problemu. Poprzednio choroba nie pozwalała mu nawet leżeć, bo jego ciałko było wykręcone w „śrubkę”. Teraz był w stanie utrzymać się na łapkach. Głowa była skręcona na bok bardziej niż zwykle, ale nie utrudniało mu to pobierania pokarmu. Whisper co jakiś czas podchodziła do transportera sprawdzić czy wszystko ok i budziła mnie przy okazji. Wstałam przez to nieco później niż zamierzałam, ale jeszcze przed wyjściem do szkoły Marcel dostał swoje leki.  Już po wystawie nie czułam się najlepiej, ale stres i nieprzespana noc dołożyły coś od siebie i tym razem wtorek sama rozpoczęłam antybiotykiem. Był to jednak o niebo lepszy początek niż dwa tygodnie wcześniej…

Miałam wrażenie, że Marcel czuł się lepiej niż dzień wcześniej i choroba nie postępowała tak ostro jak w 2013 roku. Może dlatego, że tym razem byłam bardziej przygotowana z lekami, bo wiedziałam już, że Marcel jest EC+ (czego nie byliśmy świadomi za pierwszym razem). Na szczęście Tomek pracował chwilowo w domu i doglądał królika kiedy mnie nie było. Przynosił mu zioła i pilnował, żeby jadł i pił. Apetyt Marcelowi dopisywał, jadł samodzielnie, pił z podtykanej co jakiś czas miski, załatwiał się jak trzeba. W nocy z wtorku na środę znów dotrzymywałam Marcelowi towarzystwa, a Tomek spał w drugim pokoju. Budziłam się co jakiś czas by sprawdzić czy wszystko jest ok, podetknąć trochę ziółek pod nos i sprawdzić czy nie jest spragniony. Wszystko było ok. Cieszyłam się, że tym razem sobie poradzimy i nie będzie to trwało 9 tygodni jak cztery lata temu.

W środę przed południem wyszłam na zajęcia do szkoły. Prowadziłam tylko dwie lekcje, ale w przerwie zadzwoniłam do Tomka, który został z Marcelim w domu. Chwilę wcześniej karmił go liśćmi pokrzywy i porzeczki, które królik wcinał.  Wracając do domu jeszcze zajechałam na rynek po świeżą pietruszkę dla małego. Ale kiedy wróciłam do domu Marcel bardzo szybko oddychał. Osłuchałam go i bardzo mi się nie spodobało co usłyszałam, bo wskazywało na obrzęk płuc. Wyglądało na to, że nagle wróciło zapalenie płuc. Jeszcze w domu podałam pierwsze leki i jak na sygnale jechaliśmy do lecznicy Sowa Egzotica, by umieścić królika pod tlenem. Na miejscu dostał kolejne zastrzyki mające m.in. zmniejszyć ilość płynu w klatce piersiowej, zapobiec wstrząsowi, wspomóc oddychanie, a także dwa różne antybiotyki. Ale rokowanie było smutne – Marcel miał 20% szans, że z tego wyjdzie. Czekaliśmy, aż leki zaczną działać…. Cały czas był pod aparaturą z tlenem… Po dwóch godzinach miałam wrażenie, że Marcel oddycha nieco spokojniej, ale osłuchowo niestety nie było poprawy. Liczyliśmy jednak, że może potrzeba więcej czasu, by organizm wspomagany lekami uporał się z problemem. Czekaliśmy więc dalej. W międzyczasie do lecznicy trafił też inny królik z zapaleniem płuc. W trakcie wizyty doszło do zatrzymania oddychania i pracy serca. Z sąsiedniego gabinetu słyszeliśmy jak dziewczyny próbują reanimować małego pacjenta. Niestety mimo całego zaangażowania i środków – bezskutecznie. Kolejny króliczek odszedł przez to paskudne zapalenie płuc, które przychodzi Bóg jeden wie skąd i zabiera malucha w ciągu paru godzin.

Trwaliśmy przy naszym Marcelu łudząc się, że jakimś cudem jemu znów się uda. Ale przyznam szczerze, że patrząc na jego walkę o oddech, zaczynałam tracić nadzieję… Z godziny 15:00, o której trafiliśmy do lecznicy, nagle zrobiła się 21:30. Z obawą po raz kolejny przyłożyłam stetoskop do malutkiej klatki piersiowej naszego króliczka. I znów usłyszałam to samo co poprzednio… Nie było żadnej poprawy. A po zachowaniu Marcela można było wnioskować, że wręcz jest gorzej. Nie reagował na nic, co się wokół niego działo, z trudem był w stanie leżeć – łapki rozjeżdżały mu się na boki, a głowa opadała na kocyk.  Wygraliśmy wcześniej kilka bitew, ale tym razem przegraliśmy… Nawet doktor Paula nie była w stanie go uratować. Mogliśmy pomóc mu tylko w jeden sposób…

I tak oto nieszczęśliwie nasz świat stał się nieco mniejszy, ubyło w krótkim czasie dwóch członków naszej rodziny… Wszystko jest jeszcze świeże, boli, ale powoli uczymy się życia bez nich, chociaż nie jest to łatwe. Robiąc obiad odruchowo odkładam kawałek kalafiora czy pietruszki dla królików, a po chwili łapię się, że to bez sensu. Marchewki leżą w lodówce i czekają na nie wiadomo co. Chwilowo nie mam też żadnych doniczkowych ziół, bo przypominałyby mi, że teraz będą tylko do naszych posiłków. Przed nami pracowite tygodnie, więc może ucieczka w pracę trochę odegna złe myśli i zajmie czymś głowę na chwilę.

W smutku „lubię” sobie pomyśleć, że oni są teraz razem… że Marceli po prostu nie mógł żyć bez Poli…

P.S.

Bardzo serdecznie dziękujemy doktor Pauli Dziubińskiej – Bartylak i całej załodze lecznicy Sowa Egzotica w Bydgoszczy za pomoc, zaangażowanie i wsparcie w trudnych chwilach. Magda, Agnieszka, Magda, Ala, Paula – dzięki, że byliście z nami i podtrzymywałyście na duchu kiedy świat się walił.