Nowe kocie przedszkolaki

W marcu na jeden z moich dyżurów podeszła stała klientka – pani Zosia. Pani Zosia przychodziła wcześniej ze swoimi kotami, które dzieliły z nią życie przez ponad 20 lat. Teraz w jej domu są dwa młode kocurki, na podwórku dokarmiane dzikie koty, w tym jedna kotka. W czasie zimy koteczka dostała możliwość spędzenia mrozów w piwnicy pani Zosi. Nie tylko miała ciepło, ale także dostawała jeść i pić, a także miała zapewniony spokój od okolicznych kotów i kocurków z mieszkania. Plan był taki, żeby ją nieco oswoić i gdy uda się ją złapać – wykastrować.
Tym razem Pani Zosia przyszła do mnie z problemem, ponieważ okazało się, że kotka niedawno urodziła w piwnicy 4 kocięta. Ustawa o ochronie zwierząt, uwzględnia usypianie ślepych miotów w ramach programu zapobiegania bezdomności zwierząt i pani Zosia rozważała takie rozwiązanie z obawy o możliwe problemy gdyby kociaki dorosły. Chciała przyjść do mnie z tym wcześniej, ale przez poprzedni tydzień nie było mnie w pracy.

Pani Zosia była bardzo podłamana i ciężko jej było podjąć taką decyzję. Sama również biłam się z myślami i dzień przed wizytą z kociakami, ciężko było mi zasnąć, wiedząc co będę musiała zrobić. Było to o tyle trudne, że po domu już pełzały maluszki Elmirki i Helenki. Wiedziałam, że będę je widzieć patrząc na jakiekolwiek inne kocięta. Pani Zosia przyniosła je do lecznicy i ze łzami w oczach oddała w moje ręce. Po głowie chodziły mi różne myśli i sposoby ucieczki od tego co miałam zrobić. Zanim jeszcze sięgnęłam po jakiekolwiek leki, obejrzałam maluchy. Okazało się, że są nieco starsze niż początkowo zakładałam. Co więcej, miały już otwarte oczy, przez co uśpienie ich nie było już możliwe w zgodzie z przepisami. W pierwszej chwili poczułam ogromną ulgę, że nie muszę tego robić. Jednak po chwili dołączył do tego dylemat, co teraz zrobić z kociętami…

Jeśli oddamy je kotce, wyrosną na kolejne dzikusy, będą problemy z ich wyłapaniem i kastracją, żeby się dalej nie rozmnażały na osiedlu (tym bardziej, że trzy z nich to kotki). Nawet jeśli uda się je wyłapać i wykastrować, wypuszczenie potem na tym samym terenie nie wchodziło w grę. Pani Zosia dokarmiała już kilka kotów, kolejne mogłyby stwarzać problemy w przepełnionej grupie lub być przeganiane przez starsze i silniejsze zwierzęta. Znalezienie domów dla nieoswojonych kotów będzie trudne, a aklimatyzacja nowych warunkach na pewno stresująca dla zwierząt. Jeśli nie oddamy ich matce, trzeba by znaleźć kogoś, kto odkarmi 10 dniowe maluchy przez kolejne kilka tygodni. W pierwszej chwili pomyślałam o mamce i na myśl przyszły mi moje własne dziewczyny. Niestety przyniesienie do hodowli kociąt o nieznanym statusie immunologicznym (nie wiadomo jakie choroby mogła mieć kotka), mając niewiele starsze maluchy bez szczepień, nie było możliwą opcją. Żal mi było kociąt dzikiej kotki, ale nie wybaczyłabym sobie gdyby obyło się to kosztem zdrowia lub nawet życia naszych kotów. Odchowanie w zaprzyjaźnionych domach tymczasowych niestety nie wchodziło w grę, gdyż większość i tak była już przepełniona.

Powoli kurczyły nam się opcje co dalej zrobić z maluchami. Nie chciałam, żeby były dzikie, ale też zależało mi, żeby były zdrowe. Udało mi się w końcu ustalić plan, który w pewnym stopniu był chyba złotym środkiem.

Kocięta są karmione przez matkę mniej więcej do 8 tygodnia życia, przy czym od 4 tygodnia życia, kiedy pojawią się pierwsze mleczaki, mogą także pobierać stały pokarm. Rozwój społeczny i „psychiczny” kociąt wymaga przebywania z kotką przynajmniej do 12 tygodnia. W tym wszystkim kluczowe jest przede wszystkim pierwsze 7 tygodni życia kociąt, ponieważ w tym okresie najbardziej chłoną bodźce zewnętrzne. Jeśli kociak nigdy nie miał kontaktu z człowiekiem w tym czasie, oswojenie go może być problematyczne i są szanse, że nigdy nie będzie miał z nami takiej więzi jak maluch wychowywany wśród ludzi.

Umówiłyśmy się z panią Zosią, że na razie maluchy pozostaną z matką przynajmniej do 5 tygodnia. Potem trafią do lecznicy na kwarantannę – zostaną odrobaczone, będziemy przyzwyczajać je do stałego jedzenia, oswajać z człowiekiem i obserwować, czy nie pojawią się jakieś niepokojące objawy. Taki termin wydał mi się optymalny, by kocięta można było oddzielić od matki, oswoić z człowiekiem i po dołączniu do pozostałych kotów zapewnić odpowiedni rozwój „społeczny”. Dodatkowo w tym okresie laktacja u kotki powinna już się wyciszać, dzięki czemu udałoby sie uniknąć zapalenia gruczołu mlekowego (które mogłyby wystąpić, gdyby zostawić bez kociąt karmiącą kotkę w szczycie laktacji). Docelowo postanowiliśmy, że jeśli będzia taka możliwość, to zabierzemy potem kocięta do siebie do domu i pokryjemy koszty ich odchowania.

Kotka razem z maluchami przebywała zamknięta w piwnicy, pod opieką pani Zosi, która w miarę możliwości starała się podchodzić do kociaków i brać je na ręce, żeby oswoić z człowiekiem. Po kilku tygodniach przyniosła je do lecznicy. W badaniu okazało się, że maluszki mają pchły, więc już „na wejściu” zostały spryskane specjalnym preparatem bezpiecznym dla kociąt. Otrzymały też pastę na pasożyty wewnętrzne. W 6 tygodniu życia pojawia się tzw. luka immunologiczna, kiedy zaczyna spadać odporność otrzymana od matki. Jest to newralgiczny okres, mający duże znaczenie dla zdrowia kociąt. Dlatego postanowiłam, że maluchy będą także otrzymywały preparat wspomagający układ immunologiczny. Oczywiście zachowanie higieny było naszym priorytetem, by kociaków niczym nie zarazić.

Pierwsze dni w lecznicy były dla nas bardzo pracowite, ponieważ trzeba było nauczyć kociaki jedzenia pasztetu dla kociąt. Kilka razy na dyżurze trzeba było je karmić, a one nie zawsze chciały współpracować. Czasem odkarmienie całej czwórki trwało nawet godzinę. Na szczęście miałam pomoc Ali, która jest nie tylko technikiem weterynarii, ale także zoofizjoterapeutą. Co prawda na co dzień pracuje głównie z psami (prowadzi Psiłownię i Psiedszkole w Bydgoszczy), ale doskonale poradziła sobie również z kociakami.

Czas im poświęcony się opłacał, niedługo po przeprowadzce do lecznicy maluchy zaczynały już mruczeć. Po niezbędnej kwarantannie zostały ponownie odrobaczone i pierwszy raz zaszczepione. W tym czasie kociaki z naszych miotów P i R otrzymały już swoją drugą szczepionkę. Dlatego po kilku kolejnych dniach, postanowiłam zabrać kocięta z lecznicy do domu.

Dzięki warunkom, jakie stworzyliśmy naszym kotom, mieliśmy teraz także możliwość zakwaterowania nowych z zachowaniem kwarantanny. Początkowo kociaki dzikiej kotki zamknęliśmy w drugim kocim pokoju. Dzięki temu one miały przestrzeń do biegania, zabawy i odpoczynku, a nasi domownicy mieli okazję do poobserwowania i oswojenia się z nimi bez kontaktu bezpośredniego. Maluchom chcieliśmy oszczędzić jednorazowo większego stresu i wprowadzać zmiany stopniowo, ponieważ to też mogłoby wpłynąć na ich odporność. Mając je już w domu, byliśmy w stanie poświęcić im nieco więcej czasu, by również „popracować” nad dalszym oswajaniem.

Kiedy wstępne zaznajamianie się kotów przez szybę przebiegło pomyślnie, a żaden z nich nie miał niepokojących objawów, postanowiliśmy w końcu otworzyć na stałe drzwi między kocimi pokojami.

Początkowo kociaki trochę na siebie prychały i podchodziły z dystansem, ale już po dwóch dniach bawiły się razem. Teraz nawet ucinają wspólne drzemki, a w nocy sprawiają, że w łóżku jest naprawdę ciasno przy 10 kociętach. Spanie w łóżku szczególnie podoba się tym młodszym 😉 Co prawda wyraźnie widać, że adopciaki wolą swoje towarzystwo do spania i zabawy, ale czasem potrafią się także zintegrować z tajskim przybranym rodzeństwem. Uczą się od siebie nawzajem – korzystania z kuwety, drapaków, zabawek, a także różnych głupot – jak np. wchodzenia na stół.

Wszystkie bez wyjątku przybiegają się przywitać, gdy wracamy do domu. Jedna różnica jaką obserwujemy, to taka, że przygarnięte maluchy nie przepadają za bardzo za braniem na ręce, ale za to częściej i głośniej mruczą kiedy do nas przychodzą.

Jeszcze kiedy maluszki były ze swoją dziką matką, odezwała się do mnie pani Ewa, która prosiła o poradę w sprawie nowego rodzeństwa dla naszego Neo, który mieszka z nią od roku. Tym sposobem udało się „zaklepać” dom dla jednej z kotem. A potem w lecznicy wieści szybko się rozniosły i krótko po przeprowadzce, znaleźliśmy już dom dla kocurka i jednej z kotek. Maluszki będą opuszczać nas w podobnym wieku, jak rasowe kociaki i w takim samym „standardzie” – czyli po 3 szczepieniach, odrobaczone, zachipowane i po kastracji. Dostaną również wyprawkę na pierwsze dni w nowym domu.
Jak tylko uporam się z profilami tajskich kociąt, to postaram się również napisać co nieco o naszych dachowcach. Na razie z braku czasu niestety opornie mi idzie, ale przy 15 kotach w domu ciężko jest się za to zabrać….

P.S.

Dwa tygodnie temu wykastrowałam kotkę – matkę przygarniętych kociąt. Zabieg przebiegł bez problemów. Przy okazji kotka została odrobaczona i odpchlona, niedługo nie będzie musiała już być zamknięta i będzie mogła opuścić piwnicę pani Zosi i wrócić na podwórko.