Koty z Tajlandii – cz. 1- Spotkane na ulicy
Odkąd założyliśmy hodowlę, Tajlandia zawsze była na liście miejsc do odwiedzenia. W tym roku kongres medycyny weterynaryjnej kotów odbywał się właśnie w tym kraju. Postanowiliśmy zatem połączyć przyjemne z pożytecznym i zorganizować naukę z wakacjami. Wyjazd planowaliśmy przez kilka miesięcy, by móc pojechać samodzielnie i nie musieć korzystać z biur podróży. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć więcej niż przeciętny turysta. Byliśmy ciekawi, czy w Tajlandii rzeczywiście każdy dachowiec wygląda jak kot tajski. Wreszcie mieliśmy okazję się o tym przekonać. Uwaga – spoiler – to nieprawda.
Pierwsze uliczne koty spotkaliśmy w Bangkoku dopiero późnym wieczorem. Był to kociak w umaszczeniu tabby point, jednak jego oczy były bardziej zielone niż niebieskie. Wyraźnie bał się ludzi i gdy chcieliśmy mu zrobić zdjęcie uciekł na czyjeś podwórko. Jednak po chwili ciekawski łepek wystawał pod bramą. 
Kolejnego kota spotkaliśmy przy jednym z ulicznych kramów. Po prostu sobie leżał i przyglądał się ruchliwym przechodniom. Ten wyglądał jak większość typowych dachowców również w Polsce.
Pierwszego dnia pobytu w Bangkoku udaliśmy się na wieczorny pieszy spacer do Yaowarat, czyli chińskiej dzielnicy. O tej porze większość sklepów była zamknięta, poza pojedynczymi miejscami, barami i kramami oferującymi świeże owoce, soki, smażone krewetki, mątwy, zupy i inne posiłki.
W drodze powrotnej do hotelu spotkaliśmy kolejnego kota. Był to młody kocurek, na tyle oswojony, że dał się pogłaskać. W umaszczeniu był typowym kotem tajskim – seal point z bardzo ładnym kontrastem i miękką, krótką sierścią. Jednak kocurek posiadał tak zaawansowaną wadę ogona – prawdopodobnie więcej niż jeden załomek – że zaginał się on aż w trzech miejscach. Mieliśmy ze sobą jedynie telefon i ponieważ było ciemno, a poza tym wcale nie jest łatwo zrobić dobre zdjęcie kotu, nie udało nam się uchwycić tego wyraźnie na zdjęciu. Za to co nieco można wywnioskować patrząc na cień ogonka kota na poniższej fotce (musiałam trochę poprawić kontrast, żeby w ogóle cokolwiek było na nim widać).
Następnego dnia zmienialiśmy miejsce pobytu i jechaliśmy do Parku Narodowego Erawan, by wspiąć się na 7 stopniowe wodospady. Kiedy dotarliśmy do parku, najpierw chcieliśmy się nieco rozejrzeć. Na stole i krześle okolicznego sklepu odpoczywały dwa koty. Obydwa miały pręgowane futerko z białymi znaczeniami i specyficzny kształt twarzoczaszki. Przypominały nieco koty orientalne z dłuższym pyszczkiem, ale nieco masywniejszym.
Kolejnego kota spotkaliśmy w Kanchanaburi, kiedy czekaliśmy na słynny pociąg podążający dawną trasą „kolei śmierci” z czasów II Wojny Światowej. Wokół dworca znajdowało się kilkanaście sklepików i stoisk nastawionych głównie na turystów. W jednym z nich siedziała dziewczyna, a na jej rękach drzemał sobie rudy pręgowany kociak. Dookoła był nieznośny upał, który jak widać, dawał się we znaki nie tylko nam. Kociak był tak ospały, że można z nim było zrobić praktycznie wszystko – nie zareagował kiedy dziewczyna dała mi go potrzymać. Miałam problem go dobudzić, żeby chociaż zobaczyć kolor jego oczu.
Po powrocie do Bangkoku mieliśmy w planach przepłyniecie łódką po rzece Chao Phraya (znanej też jako Maenam). W drodze do portu mijaliśmy rynek, gdzie mnóstwo było stoisk z lokalnymi ziołami, medykamentami, figurkami i posążkami Buddy, a także z medalikami i innymi religijnymi akcesoriami. Właśnie na jednym z takich kramów spotkaliśmy kolejne dwa futrzaki.
Tego samego dnia zaliczyliśmy w drodze powrotnej Chinatown, tym razem jeszcze za dnia. W swoich spacerach zawędrowaliśmy na tyle daleko, że… skończyła nam się chińska dzielnica. Jednak fakt, że znaleźliśmy się na jej obrzeżach miał też swoje plusy. W jednym ze sklepów spotkaliśmy kolejne koty. Pierwszy z nich wyglądał jak kot burmski, jednak spał tak fajnie, że nawet nie widzieliśmy jego oczu.
Na ganku tego samego sklepu siedział również kociak, który przywiódł mi na myśl abisyńczyka, mimo, że na pewno nim nie był. Miał też pewien problem – zachodzące trzecie powieki, przez co nie było dobrze widać jego oczu. Być może było to skutkiem zarobaczenia alub chorób zakaźnych (np. FIV lub FeLV), które mogą powodować takie objawy.
Pani siedząca przed sklepem przyglądała nam się z zaciekawieniem, jak robiliśmy zdjęcia (prawdopodobnie jej) kotów. Po chwili zauważyliśmy, że są również inne zwierzęta w środku, a kobieta uśmiechnęła się i pozwoliła nam wejść. Zobaczyliśmy trzy koty – jednego seal tabby pointa, który niestety trochę się nas wystraszył i do zdjęcia musieliśmy zachować pewną odległość, żeby nie uciekł. Kocurek miał także nieco krótszy ogon, niż normalnie, co było skutkiem deformacji lub wady wrodzonej (załomka). W dalszej części pomieszczenia siedział kolejny kot przypominający burmę. Trzeci – cały czarny kociak, w ogóle nie chciał dać się sfotografować.
W centrum Bangkoku (a często także na obrzeżach) na chodnikach wystawiane są liczne rośliny w doniczkach. Wracając do hotelu, właśnie między doniczkami spotkaliśmy kolejnego futrzaka. Ten miał bladoniebieskie oczy i nieregularne znaczenia point z białymi plamami.
Zanim polecieliśmy z Bangkoku na Phuket, gdzie odbywał się kongres weterynaryjny, zwiedziliśmy Pałac Królewski. Niestety wbrew oczekiwaniom nie spotkaliśmy tam wielu kotów, ale może pochowały się z uwagi na liczny tłum turystów. Dopiero pod koniec naszej wycieczki po terenach pałacowych dane nam było zobaczyć kotkę. Szylkretowa dziewczyna z zielonymi oczami i ogonem załamanym w kilku miejscach (a przez to nieco krótszym niż normalnie) niespecjalnie chciała się zaprzyjaźnić, ale pozwoliła sobie zrobić zdjęcia. Niestety nie była na tyle cierpliwa, żebyśmy zdążyli dobrze złapać ostrość, ale parę zdjęć można pokazać na stronie 🙂
Będąc na Phuket nie poprzestaliśmy na kongresie i pobycie w hotelu, ale także udaliśmy się na lokalny nocny rynek w Patong. Po kupieniu owoców na kolację, wracaliśmy piechotą (w ogóle bardzo dużo chodziliśmy na urlopie, średnio 13 km dziennie 😉 ). Ten sposób okazał się dobry, nie tylko ze względu na możliwość wyrobienia kondycji, lepszego poznania otoczenia, ale także dlatego, że po drodze mogliśmy spotkać koty. Tym razem w okolicy sklepów znajdujących się kilkaset metrów od naszego hotelu. Trikolorowa kotka była przyjaźnie nastawiona i nawet dała się pogłaskać. Za to czarny kociak nie tylko pozwolił wziąć się na ręce, ale też bardzo chętnie się z nami bawił.
W dalszej części podróży pojechaliśmy do Khao Lak, gdzie łapaliśmy chwilę oddechu. Podczas małych zakupów w centrum, spotkaliśmy kolejnego kota w umaszczeniu typu point, tym razem niebieskiego. Jakby nigdy nic spał sobie na stole przed marketem. Ten akurat bardzo chciał być wygłaskany i wręcz się tego domagał, bo ocierał się o ręce. Kiedy już mu się znudziło, wszedł beztrosko do sklepu i wyłożył się na podłodze – wiadomo, w środku w klimatyzowanym pomieszczeniu było nieco przyjemniej niż w upale.
Kolejnego futrzaka spotkaliśmy czekając na autobus w Khao Sok, niedaleko Parku Narodowego. Była to szylkretowa kotka, która sama do końca nie wiedziała czego chce. Najpierw rozkładała się do głaskania, pozwalała się chwilę pomiziać, po czym wysuwała pazury i próbowała gryźć. Po chwili znowu miała ochotę na pieszczoty.
Po powrocie do Bangkoku odwiedziliśmy jeszcze dwie hodowle i schronisko dla kotów (o tym w kolejnych postach). Tak jak jadąc do hodowli w miejscowości Amphawa i do drugiej hodowli w Bangkoku, nie spotkaliśmy żadnych ulicznych kotów, to w drodze do schroniska Paws trafił się jeszcze jeden szary pręgowany futrzak. Nawet dał się pogłaskać 😉
Ostatniego dnia wylatywaliśmy dopiero przed północą, więc dzień spędziliśmy jeszcze efektywnie – poszliśmy zwiedzać świątynie Wat Pho i Wat Arun. O kotach, które tam spotkaliśmy będzie osobny post, a wspominam o tym dlatego, że podczas wędrówki z jednego kompleksu do drugiego, poznaliśmy kolejne dwa koty. Pierwszy wylegiwał się na kanapie w restauracji nad rzeką, do której zajrzeliśmy szukając drogi na skróty do przystanku portowego.
Drugim spotkanym futrzakiem była kotka o oryginalnym umaszczeniu – przypominającym trochę szylkret, a trochę tortie point. Był to też jeden z niewielu przypadków, gdzie mimo drobnego załomka (mogłam z grubsza omacać ogon, bo kotka dała się pogłaskać), ogon był normalniej długości.
Jak widać na powyższych zdjęciach, powiedzenie, ze wszystkie dachowce w Tajlandii wyglądają jako koty tajskie czy syjamskie, to mit. Owszem, można spotkać na ulicach koty w umaszczeniu point, czy z niebieskimi oczami, jednak nie jest to regułą, a takie kolory są raczej rzadkie. Niestety większość spotkanych przez nas mruczków miała również wady ogona lub miała go w szczątkowej formie.
cdn.







































