Joey – czyli jak opiekować się kangurem
Na początku czerwca spotkało nas coś, czego w życiu byśmy się nie spodziewali. Trochę wywróciło nasz codzienny plan dnia do góry nogami i na pewno zaskoczyło również koty, ale… od początku.
Do lecznicy, w której pracuję, na wizytę trafiła mała alpaka Amber, która wraz z rodziną i innymi zwierzętami mieszka w Krainie Dolnej Wisły pod Bydgoszczą. Jest to miejsce, gdzie dom mają alpaki, różne gatunki owiec, osiołki, kozy, daniele i para albinotycznych kangurów rdzawoszyich (wcześniej nazywanych walabią Bennetta) wraz z maleństwem. Zauroczeni małą Amber, postanowiliśmy odwiedzić ją w weekend. Do czasu naszej wizyty w Krainie Dolnej Wisły mieli już sporo pracy, bo pojawiły się już kolejne małe alpaki, które dodatkowo wymagały dokarmiania mlekiem co kilka godzin.
Pech chciał, że w dniu, kiedy przyjechaliśmy do ośrodka, poranek rozpoczął się przykrym wydarzeniem – mama kangurzyca nagle zmarła i osierociła swoje maleństwo. Tata kangur raczej nie bardzo umiałby się nim zająć, chociażby z uwagi na brak torby na brzuchu i mleka. Maluch wymagał zatem stałej mamki i regularnego karmienia butelką. A w Krainie Dolnej Wisły były już wymagające opieki małe alpaki, nie było dodatkowych osób do karmienia, a doba też nie jest z gumy.
Kiedy zobaczyliśmy małego kangurka, strasznie nam go było żal. Chcieliśmy mu jakoś pomóc, więc zaproponowaliśmy, że weźmiemy go na odchowanie do domu. Jako zwierzę roślinożerne, nie powinien stanowić zagrożenia dla naszych kotów. Z racji hodowli, jesteśmy już wprawieni w opiece nad maluchami, jeśli chodzi o czuwanie i obserwację, z karmieniem też sobie poradzimy. Jeszcze zanim wyjechaliśmy z małym do domu, miałam już na telefonie ściągnięte kilka poradników o odkarmianiu małej walabii.
- Joey
- Joey
- Joey
Maleństwo okazało się być chłopcem, który otrzymał od nas imię Joey. Przeszukując internet w poszukiwaniu informacji, dowiedziałam się, że w Australii większość takich odchowywanych maluchów nazywają właśnie w ten sposób.
- Joey
- Joey
- Joey
- Joey
Pierwszym wyzwaniem było nakarmienie kangurka. Co prawda koniczyna i trawa wchodziła mu bez problemu, ale nie wiedzieliśmy, jak zorganizować karmienie butelką. Sutki kangurzycy nie przypominają tych kotki, suki czy innych typowych zwierząt, które znamy. Są cienkie, jak rurka, czy mała słomka i długie na około 8-10 cm. Było to o tyle problematyczne, że standardowe zestawy do odkarmiania nie mają tego typu smoczków. I szczerze mówiąc, mimo, że mamy hodowlę od 10 lat, to nie mieliśmy w domu ani jednej butelki czy smoczka. Zrobiliśmy prowizoryczny zestaw z wężyka od kroplówki i strzykawki, co na chwilę zdało egzamin, ale znacznie ograniczało ilość podanego mleka. No i maluchowi ciężko było się zassać na strzykawce.
Dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej hodowli z sąsiedniego osiedla, udało się pożyczyć podstawowy zestaw do odkarmiania kociąt. Nawet jeden ze smoczków trochę podpasował Joey’mu i przez kilka dni udawało się go karmić. Co prawda sporo uciekało mu bokiem, musieliśmy robić przerwy, żeby spokojnie przełknął, ale przynajmniej jadł.
Niestety smoczki okazały się nie lada gratką również dla naszych kociaków, które w przeciągu pierwszego tygodnia pogryzły dwa z 3 pasujących kangurkowi. Za radą koleżanki z pracy (dzięki Marta 🙂 ) zaczęłam szukać zestawów ze smoczkiem dla szczeniąt z rozszczepem podniebienia. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę i po niewielkiej przeróbce przez Tomka mieliśmy idealną butelkę do karmienia Joey’go. Przy okazji, koty praktycznie się nią nie interesowały. (W miarę jak mały rośnie udało nam się też przestawić go niedawno na „większy” model butelki z nowym smoczkiem.)
- Joey
- Joey
Dzięki znalezionym poradnikom udało nam się również oszacować średnią ilość mleka na dobę i pojedyncze karmienie. Mały dostaje butelkę pięć razy dziennie, a poza tym jest dokarmiany suszoną lucerną, marchewką, czasem dostaje świeżą zieleninkę 😉
Z Krainy Dolnej Wisły dostaliśmy ludzki preparat mlekozastępczy bez laktozy (kangury od samego początku nie tolerują laktozy). Niestety z tego co zaobserwowaliśmy, to niespecjalnie smakowało to Joey’mu. Gdyby nie pandemia i odcięcie się Australii od reszty świata, to pewnie próbowalibyśmy ściągnąć mleko dla kangurów do Polski. Tak jak u nas można normalnie dostać preparaty do odchowania kociąt czy szczeniąt, tak na porządku dziennym u nich można kupić mleko zastępcze dla walabii i kangurów. Niestety pandemia odebrała nam tę opcję. W wyniku moich poszukiwania po internecie, doszliśmy do wniosku, że możemy spróbować dać Joey’mu mleko zastępcze dla szczeniąt lub preparat Convalescence Royal Canin. Jedna z moich koleżanek, doktor Izabela Piórkowska, która współpracuje z łódzkim zoo, również doradzała ten drugi preparat do odkarmienia małego. Ten drugi zdecydowanie bardziej mu smakował.
Joey bardzo szybko odnalazł się u nas w domu i zaprzyjaźnił się z kotami.
Największym zainteresowaniem obdarzyła go Zosia, która nawet pakowała się do jego kieszeni w bluzie.
- Zosia i Joey
- Zosia & Joey
Kangurek początkowo poruszał się na wszystkich czterech łapkach i raptem kilka razy udało nam się przyłapać go na pojedynczych skokach. Może nie odpowiadały mu kafelki na podłodze… Za to doskonale radził sobie z kocią kuwetą i nawet sam ogarnął do czego służy 🙂
Praktycznie od razu Joey nauczył się wskakiwać do torby w mojej kociej bluzie i w niej spać. Przez pierwsze dni braliśmy go też do łóżka w kocim śpiworku, żeby nie było mu zimno. Z czasem przyzwyczaił się do tego i nawet późniejsze podróże odbywał w bluzie lub torbie.
- Joey
- Joey
- Joey
Trzeciego dnia pobytu u nas, Joey dostał biegunki. Stało się to po moim powrocie z pracy z popołudniowego dyżuru, który kończy się o 22:00. Początkowo myśleliśmy, że to jednorazowy incydent, ale kiedy kolejna kupa również była luźna, zaczęliśmy się martwić. Śmiem twierdzić, że na kotach troszkę się znam, ale o kangurach z medycznego punktu widzenia – nie bardzo. Dlatego kolejne godziny spędziłam, grzebiąc w internecie o poszukiwaniu możliwej przyczyny. Dokopałam się aż do Australii, gdzie znalazłam kilka książek na temat chorób i problemów u kangurów i walabii. Objawy pasowały mi do trzech schorzeń, z czego dwa miały podłoże pasożytnicze – kokcydioza i strongyloza. Tomek w środku nocy jechał do lecznicy po potrzebne leki. Zanim Joey dostał zastrzyki, pobraliśmy jeszcze kał do badania w kierunku pasożytów oraz na posiew bakteriologiczny. Następnego dnia próbki pojechały do badań – pierwsza do Łodzi, do doktora Dawida Jańczaka, który jest parazytologiem, a druga do laboratorium.
Po lekach Joey nieco się poprawił i do rana ładnie przespał noc. Wzięliśmy go do naszego łóżka i czuwaliśmy nad nim do rana. Apetyt miał raz mniejszy, raz większy, ale jadł. Do południa zachowywał się już normalnie i kupę też miał lepszą.
Niestety około 13, akurat, kiedy miałam zbierać się do pracy, Joey znów poczuł się gorzej. Był osłabiony, bolał go brzuszek i znów miał biegunkę. Dodatkowo miał też cięższy oddech. Mimo swoich rozmiarów, Joey to jeszcze maluszek, więc wszelkie choroby mogą stanowić dla niego większe zagrożenie niż dla dorosłych zwierząt. W znalezionych wcześniej książkach była informacja, że np. kokcydioza (którą podejrzewaliśmy) może nawet doprowadzić do śmierci kangura. Nie mogłam zostawić małego samego, mimo, że powinnam już wyjeżdżać na dyżur. Tomek wrócił wcześniej z pracy i razem pojechaliśmy z małym do lecznicy. Czas miał tutaj kluczowe znaczenie.
–
Na miejscu zrobiliśmy małemu zdjęcie rentgenowskie, które wykazało wzdęcie jelit (mimo, że Joey dostawał Espumisan do każdego posiłku). Narządy jamy brzusznej prawdopodobnie uciskały na przeponę, co powodowało problemy oddechowe. Po podaniu leków Joey trafił w bluzie do namiotu tlenowego, gdzie spędził kolejną godzinę. Musiałam w tym czasie przyjmować pacjentów, ale cały czas miałam go na oku. Namiot tlenowy stał na dodatkowym stole w gabinecie. Na szczęście zespołowi lecznicy i przyjmowanym pacjentom, to nie przeszkadzało. Wszyscy za to życzyli małemu szybkiego powrotu do zdrowia.
Niestety pomimo ciągłego doglądania, leków i tlenu, Joey nadal czuł się źle. Jego mocz miał ciemniejsze zabarwienie i od czasu znalezienia się w lecznicy, nie zrobił kupy. Ponieważ na wyniki badań trzeba było jeszcze poczekać, postanowiłam skonsultować się jeszcze z koleżanką od zwierząt egzotycznych – doktor Paulą Dziubińską Bartylak. Musiałam zostać w pracy, ponieważ miałam poumawianych pacjentów na wizyty do samego końca dyżuru. Na szczęście kangurek poprawił się na tyle, by można go było zabrać na wizytę. Tomek znów gnał przez całą Bydgoszcz, tym razem z małym na brzuchu w bluzie. Miałam nadzieję, że w lecznicy Sowa Egzotica będą w stanie dokładniej przebadać malucha, ponieważ zajmują się tam głównie nietypowymi gatunkami zwierząt i mają do tego odpowiedni sprzęt.
Na miejscu Joey miał zrobione USG, które wykazało uraz pęcherza moczowego, zaburzenia perystaltyki i niewielkie wodobrzusze. U nas nie zdarzyło się nic, co mogło spowodować taki problem, więc podejrzewaliśmy, że coś mogło mu się stać, gdy odeszła jego mama. Możliwe, że wówczas doszło do jakiegoś urazu lub przygniecenia. Kangurek miał założony wenflon, pobraną krew do badania i podane leki. Brakowało jeszcze próbki świeżego kału do badania, ale Joey ani myślał się załatwić. W końcu Tomek poprosił, by dać mu kuwetę z drewnianym żwirkiem (w domu używamy kukurydzianego, ale takiego nie mieli). Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo mały od razu się załatwił. Niestety w badaniu pod mikroskopem okazało się, że w kale są rzęsistki. Wszystkie problemy na raz, powodowały, że Joey mógł z tego nie wyjść i była szansa, że umrze.
Taka diagnoza przeraziła mnie o tyle, że niektóre gatunki rzęsistka mogą występować również u kotów. Po nieprzespanej nocy, stresach i frustracji związanych z problemami kangurka, taka informacja mnie dobiła. Reszta dyżuru i wieczór upłynął mi na obwinianiu się, że nie dość, że nie wiem, czy on da radę, to dodatkowo mogłam narazić nasze koty. Chociaż na początku zakładałam, że roślinożerny kangur i mięsożerne koty nie mogą mieć tych samych schorzeń przewodu pokarmowego. Na szczęście kolejnego dnia skontaktował się ze mną doktor Jańczak z Łodzi, w sprawie wyników badania parazytologicznego. Uspokoił mnie, że moje przypuszczenia, że kangury i koty mają osobne pasożyty, były słuszne. Gatunek rzęsistka stwierdzony u Joey’a nie stanowił zagrożenia dla Elmy, Whisper, Heli, Codzika, Dziabąga i kociaków. Z gorszych wieści miał dla mnie wynik, że u kangurka znalazł jeszcze kokcydia (również niegroźne dla kotów). Do dotychczasowych leków doszły zatem dodatkowe rzeczy na ten rodzaj pasożyta.
Podsumowując, problemy zdrowotne związane z urazem – czyli krwiak pęcherza moczowego i wodobrzusze – oraz stres (związany ze śmiercią mamy, przeprowadzką do nowego domu, a także zmianą żywienia), to wszystko złożyło się na spadek odporności. Dołączyły się do tego zaburzenia ze strony flory przewodu pokarmowego, co stworzyło dogodne warunki dla pasożytów, które miał już wcześniej (kontrolowane przez sprawny układ odpornościowy). Rzęsistek powoduje biegunki i zapalenia jelita grubego, a kokcydioza może skutkować zaburzeniami perystaltyki jelit, co sprzyja wzdęciom i może prowadzić do atonii.
W domu Joey dostawał kilka razy dziennie leki. Między innymi na wspomaganie perystaltyki, espumisan na wzdęcia, 2 rodzaje antybiotyku, probiotyk oraz płyny. Przy jego rozmiarach trzeba było uważać na ilość i tempo płynów, by nie spowodować dodatkowych problemów. Kroplówkę miał podłączoną przez pompę infuzyjną pożyczoną z lecznicy. Dostosowaliśmy wszystko tak, by wlewnik nie przeszkadzał mu w jedzeniu i spaniu w torbie. Co jakiś czas koniecznie było podłączenie nowej strzykawki z płynem. Na szczęście z Tomkiem byliśmy w domu na zmianę, więc mały cały czas był pod czyjąś opieką.
Dzięki kroplówkom i lekom, mocz zaczął mieć z powrotem normalny kolor. Kupa bardzo powoli, również wracała do normalnej konsystencji. Na kontrolnych badaniach USG ilość płynu w jamie brzusznej bardzo pomalutku się zmniejszała. Perystaltyka też była ciut lepsza. Joey co prawda puszczał bączki przy karmieniu, ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Cieszyliśmy się, że mu się poprawia – apetyt mu wracał, coraz rzadziej grymasił przy mleku i nawet sam zabierał się za suszoną lucernę.
Jednak nie było nam jeszcze dane odetchnąć. Joey zachorował we wtorek, do lecznicy trafił w środę, ale dochodził do siebie jeszcze kilkanaście dni. W piątek Zosia, która najbardziej zaprzyjaźniła się z kangurem i spędzała z nim najwięcej czasu, dostała gorączki. Wiedzieliśmy, że Joey nie mógł jej zarazić swoimi pasożytami. Założyliśmy, że może cała ta stresująca sytuacja obniżyła jej odporność i zaczyna się jakaś wirusówka. Tym bardziej, że po syropie przeciwzapalnym/przeciwgorączkowym, probiotyku i kapsułkach podnoszących odporność poczuła się zdecydowanie lepiej. Niestety w sobotę, Tomek musiał przyjechać z nią do mnie na dyżur, ponieważ pomimo leków gorączka nawróciła i Zosia czuła się bardzo źle. Po drodze do lecznicy dostała biegunki i zwymiotowała śniadanie. Z maluchami, niezależnie od gatunku – kangur czy kot – nie wolno lekceważyć problemu. Coś co u dorosłego zwierzęcia może przejść bezobjawowo lub łagodnie, u młodych może stanowić poważne zagrożenie. Zosia dostała kroplówkę z witaminami na zbicie gorączki, leki wspomagające i antybiotyki. Ponieważ nie wykluczałam zapalenia trzustki, dostała również leki przeciwbólowe. Była bardzo grzeczną i dzielną pacjentką. Jeszcze zanim pozwoliłam Tomkowi zabrać ją do domu, widać było dużą poprawę. Kotka nie była już taka osowiała, interesowało ją otoczenie i nawet zaczęła mruczeć.
Jeszcze w niedzielę wieczorem Zosia miała epizod gorszego samopoczucia, mimo leków, które dostawała w domu. Tomek specjalnie, mimo deszczu, pojechał do lecznicy po dodatkowy antybiotyk, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Koteczka szybko poczuła się lepiej, zaczęła się bawić i wrócił jej apetyt. Od tej pory Zosia zaczęła dochodzić do siebie bez kolejnych problemów.
To jednak nadal nie był dla nas koniec zmartwień. W poniedziałek rano Elma dostała biegunkę, chociaż nie zauważyliśmy, żeby gorzej się czuła. Ponieważ miałam wtedy ranną zmianę, zabrałam Elmirkę do pracy, by na miejscu założyć jej wenflon do kroplówki i podać leki. Wiedząc, co pomogło Zosi, to samo dostała Elma. Moja mama odebrała ją potem, żeby nie musiała spędzać w lecznicy całego dnia do końca mojego dyżuru.
Również w poniedziałek dostaliśmy wyniki posiewu z kału kangurka. Laboratorium nie stwierdziło żadnych wysoce chorobotwórczych bakterii, a jedynie patologiczny przerost Escherichii Coli, która jest normalną bakterią jelitową również u kotów. Mimo to, wszystkie zwierzaki dostały profilaktycznie probiotyk oraz antybiotyki dobrane według wyników z laboratorium. Co prawda, przez to kociaki musiały zostać u nas dłużej i trochę poprzestawiał nam się grafik szczepień i zabiegów. Jednak czasem tak bywa w hodowli, że nie wszystko da się od początku do końca zaplanować. A w tej sytuacji dobro kociaków i pewność, że pojadą do nowych domów zdrowe, było naszym priorytetem.
Na szczęście podjęte przez nas kroki i leczenie okazały się wystarczające. Żaden inny kot się nie pochorował, a Elma i Zosia błyskawicznie doszły do siebie. Joey również z dnia na dzień czuł się coraz lepiej, miał coraz większy apetyt i w końcu zaczynał przybierać na wadze. Kiedy do nas trafił ważył niespełna 1,5 kg, a w połowie leczenia miał już 1,8 kg po 10 dniach.
Joey z każdym dniem rósł coraz silniejszy, oswajał się z nami i przywiązywał zarówno do nas, jak i kotów. Nawet nie przeszkadzały mu wspólne drzemki, gdy kociaki pchały się do jego budki albo gdy Zosia zajmowała jego kieszeń w bluzie.
- Zosia & Joey
- Zosia & Joey
Z czasem czuł się swobodniej w domu, potrafił spacerować po korytarzu i pokojach. Doskonale ogarniał rozkład pomieszczeń i wiedział już jak samodzielnie wrócić do swojego kojca.
- Joey
- Joey
- Joey
Joey początkowo miał budkę i torbę w naszej sypialni. Jednak z czasem potrzebował więcej miejsca, więc dostał do dyspozycji jeden z kocich pokoi. Przestawiliśmy mu tam kojec z torbą do spania, a z czasem powiesiliśmy jeszcze drugą, większą (obecnie Joey waży już około 4kg). Jak jesteśmy w domu, ma dostęp do całego mieszkania, a jak jest ładna pogoda zabieramy go także do ogrodu. Na początku wychodził na spacer w kocich szelkach, ale jak już zaczął się orientować w terenie, to puszczamy go luzem. Jeśli chce już wracać do domu, sam idzie pod drzwi i czeka, żeby je otworzyć. Podobnie jest w drugą stronę – jeśli chce iść na dwór, staje pod drzwiami do ogrodu i czeka, albo czasem nawet próbuje skakać na klamkę, jak kot.
Kiedy na dworze jest mokro lub pada nie może wychodzić, żeby nie jadł mokrej trawy, która może mu zaszkodzić i spowodować poważne zaburzenia przewodu pokarmowego.
Z czasem Joey nauczył się z nami rozmawiać i „gadał” po swojemu, ale głównie w porach karmienia, jak tylko słyszał butelkę. Mleko dostaje kilka razy dziennie i w zależności od pracy, zmieniamy się z Tomkiem w ciągu dnia. Teraz kangurek potrafi sam przyjść do kuchni i nas poganiać, jeśli pora posiłku się opóźnia. Jego dieta początkowo składała się głównie z mleka i suszonej lucerny.
- Joey
- Joey
- Joey
Z czasem rozszerzaliśmy jego menu o siano, suszoną koniczynę, kwiaty i liście (np. truskawki, jeżówki), dostaje też świeżą marchew, bataty, miętę, jabłko i gruszki.
- Joey
- Joey
- Joey
- Joey
Jeśli chodzi o toaletę, początkowo kangurek sam nauczył się do czego służy kocia kuweta. Niestety z czasem zaczął podjadać z niej żwirek kukurydziany, więc musieliśmy mu ją zabrać. Zauważyliśmy, że często załatwia się podczas jedzenia, więc kupiliśmy spód od klatki 120x60cm, gdzie na spodzie ma podkłady higieniczne, w jednym narożniku miskę z suszkami, a w drugim siano. Szybko nauczył się jak z tego korzystać. Udało nam się przez to ograniczyć sytuacje, gdy załatwia się gdzieś po domu. W tej chwili największe szkody wyrządza naszej biblioteczce w salonie. Najbardziej upodobał sobie książkę Elizy Orzeszkowej, chociaż wcale nie smakuje jak orzeszki.
Joey bywa nieśmiały w stosunku do obcych i nie jest aż tak odważny jak nasze koty. Mimo to, jak na dzikie zwierzę, jest i tak bardzo oswojony. Co prawda sam nie przychodzi, żeby go głaskać, czy wziąć na ręce, ale kiedy już na nich jest, to czasem potrafi tak siedzieć ponad godzinę.
- Joey
- Joey
- Joey
- Joey
- Joey
- Joey
Nawet nadstawia się na mizianie. Zdarza się nawet, że potrafimy sobie razem uciąć drzemkę w łóżku i kangurek śpi wtedy przytulony. Bywa, że koty są z tego powodu niezadowolone, bo muszą ułożyć się gdzieś obok, a nie pod kołdrą. Jednak nie zaobserwowaliśmy żadnych spięć i kłótni z tego powodu.
Nasza ferajna po prostu przyzwyczaiła się do kangura i traktują go jak innego kota.
Joey nawet próbował bawić się kocimi zabawkami, ale nie za bardzo mu to szło. Co prawda zwierzaki nie umieją się razem bawić po kociemu, ale dogadują się bez problemu.
Kangury rdzawoszyje spędzają w matczynej torbie 9 miesięcy, przy czym średnio około 5 miesiąca zaczynają też z niej wychodzić i podjadać trawę. Jednak mleko od mamy piją nawet do 12 miesiąca życia. I przynajmniej tyle czasu Joey spędzi z nami. Nie możemy oddawać go wcześniej z uwagi na stres, który się z tym wiąże. Dodatkowo zmiana domu przed zakończeniem okresu karmienia mlekiem może stwarzać dla niego większe zagrożenie. Został przyjęty do rodziny przez nas i koty, więc jesteśmy za niego odpowiedzialni.
Walczyliśmy o niego na samym początku, gdy zamieszkał u nas i „przesiadł” się z matczynego mleka na preparat mlekozastępczy. Nie chcemy ryzykować, że sytuacja mogłaby się powtórzyć. Co prawda wiąże się to z dodatkowymi obowiązkami, kosztami i mniejsza ilością wolnego czasu, ale skoro już go wzięliśmy na odchowanie, to chcemy to zrobić tak jak należy. Na razie nie wiemy jeszcze co stanie się z nim potem. Kangury tego gatunku potrafią dożyć do 15 lat, a dorosłe samce ważą nawet do 18 kg.





















































