Smutna historia – jeden z cieni hodowli kotów
W połowie lutego wyjechaliśmy na urlop. Przy naszym trybie pracy i poziomie stresu, wypoczynek był nam bardzo potrzebny, bo chwilami nie dawaliśmy już rady ze wszystkim. Elmirka urodziła wspaniałą piątkę maluchów pod koniec stycznia, a Helenka ma termin na koniec lutego/początek marca. Kociaki od Elmy ładnie się rozwijały i przybierały na wadze. Nawet najmniejsza dziewczynka, którą przez pierwsze dwa dni trzeba było pilnować z jedzeniem, ładnie rosła i zwiększała systematycznie masę ciała. Na USG ciąża Helenki przebiegała wzorowo, a kociaki miały dobre parametry życiowe. Pomyśleliśmy, że to dobry moment na wyjazd, zanim pojawi się kolejny miot.
Potem – raz, że byłoby trudniej znaleźć opiekę dla tylu kotów, a dwa, że z dwoma miotami i dwiema matkami, zawsze jest więcej pracy i więcej spraw wymaga naszego czasu i uwagi. Tym bardziej, że pojawienie się maluchów wpływa też na życie naszych pozostałych kotów. Wybór był taki, że albo wyjedziemy „podładować akumulatory” teraz, albo dopiero w lipcu. A z naszym poziomem zmęczenia, nie dalibyśmy rady do lipca. Poziom stresu i atmosfera w domu, ma wpływ również na koty i ich samopoczucie. I widać było, że chwilami nastrój im się udziela. Zapadła zatem decyzja, że wyjeżdżamy „między miotami” i zdążymy wrócić zanim kociaki od Elmy zaczną jeść stały pokarm (okres odsadzenia jest newralgicznym momentem) i przed porodem Helenki.
Do opieki nad kotami mieliśmy dwie osoby. Tradycyjnie już – moją mamę, która do tej pory zawsze zajmowała się nimi pod naszą nieobecność. Ponieważ mieszkamy razem, maluchy są pod stałą opieką 24/na dobę. Dodatkowo, codziennie przychodziła też moja przyjaciółka Agata, by trochę urozmaicić im otoczenie i ogarnąć sprawy „techniczne” (kuwety, karmienie, dodatkowe mizianki itd.). W pokoju, gdzie przebywa Elma z maluchami, mamy też zdalną kamerę, która pozwala nam również na podglądanie kotów z dowolnego miejsca na świcie (z dostępem do internetu). Dzięki temu i codziennym relacjom, wiedzieliśmy na bieżąco, jak się ma całe towarzystwo. Maluchy były bardzo energiczne, zaczęły już powoli wypełzać z budki i się bawić. Były coraz bardzie kontaktowe i zainteresowane otoczeniem. Elma i Codzik doglądali ich z rodzicielską troską.
Helenka bardzo się zaprzyjaźniła z Agatą, a Whisper z jej synkiem, który się w niej zakochał. Dziabąg podobno nawet trochę przytył na opiece „u babci” (czyt. mojej mamy). (Czyli znowu po powrocie czeka nas walka z dietą i odchudzanie… no, ale kto nigdy nie przybrał dzięki babciom?)
Wszystko wyglądało super, korzystaliśmy zatem z urlopu, staraliśmy nie myśleć o stresach codzienności i „naładować baterie” na kolejne miesiące. Po porodzie Helenki, czeka nas opieka nad 13 kotami i normalna praca na etacie. Ktoś powie, że mamy tak jak chcieliśmy. I dokładnie tak jest 🙂 Co nie oznacza, że nie potrzebujemy czasem odpoczynku, by mieć na takie życie siłę.
Niestety nie wszystko zawsze układa się po naszej myśli. Czasem, kiedy myślimy, że jest ok i będzie dobrze, życie uczy nas pokory. Dla nas takim ciosem w łeb i sprowadzeniem na ziemię, był wtorek 18 lutego. Zaraz po Międzynarodowym Dniu Kota.
Mamy na wyjeździe 4 godzinną różnicę czasu, a dostęp do internetu tylko w hotelu. Pierwszą informacją jaką przeczytałam we wtorek z domu (w Polsce było około 8 rano), była wiadomość od mojej mamy. Najmniejsza koteczka od Elmy, ta która również urodziła się najmniejsza, miała problemy z oddychaniem. Poprzedniego dnia jeszcze się bawiła normalnie z rodzeństwem i nie miała żadnych niepokojących objawów. Złe wieści odczytałam dopiero po powrocie do hotelu i w tamtej chwili maleńka była już w zaprzyjaźnionej lecznicy w inkubatorze, pod tlenem i po pierwszej dawce leków.

W pierwszej chwili chciałam rzucić wszystko, olać urlop i jak najszybciej wracać do domu. Niestety ze względów organizacyjnych, taka opcja nie wchodziła w grę. Wiedziałam, że nasze koty mają najlepsza możliwą opiekę, jaką można im było zapewnić, że mama zrobi wszystko, żeby pomóc malutkiej. Zanim jeszcze odczytałam wiadomość, zdążyła zareagować i szybko zabrała ją do Przychodni Weterynaryjnej Sowa Egzotica. Mogłam jedynie spróbować pomóc z daleka, ogarnąć leki i konsultować sprawę z lekarzami.
Mimo problemów komunikacyjnych (zasięgi, słaba jakość połączenia itd.), udało mi się z nimi porozmawiać. Mała była w poważnym stanie. Możliwy był syndrom słabnącego kocięcia, biorąc pod uwagę wiek kotki i fakt, że była najmniejsza z miotu (niska waga urodzeniowa może predysponować do tego problemu). Nie wykluczano też przyczyn infekcyjnych, jak np. caliciwirus. Pozostałe koty i reszta kociąt z miotu nie miała żadnych objawów, osłuchowo nad płucami również było czysto.
Syndrom słabnącego kocięcia (Fading kitten syndrome) bywa odpowiedzialny za większość upadków kociąt w hodowli. Według przeprowadzonych badań, wśród kotów rasowych przeżywalność kociąt w hodowlach waha się w zakresie 76-95% (jesteśmy powyżej tej normy). Maluchy w wieku 1-3 tygodni są szczególnie narażone m.in. ze względu na brak zdolności termoregulacji (wykształca się ok 4 tygodnia życia), zwiększone ryzyko hipoglikemii, odwodnienia i hipotermii. W liczniejszych miotach są też większe szanse na niedożywienie (zwiększona konkurencja o dostęp do sutków) poszczególnych maluchów, co może w krótkim czasie prowadzić do osłabienia. Pierwszym objawem jest spadek masy ciała, ale bywa też, że przebieg jest gwałtowny. Szczególnie u mniejszych kociąt. Słabsze maluchy są też bardziej narażone na choroby zakaźne – zwłaszcza te, które pobrały mniejszą ilość siary w pierwszej dobie życia.
Malutka szybko trafiła do inkubatora, ponieważ jej temperatura była obniżona. Norma u kociąt w tym wieku to 36-38°C – koteczka w chwili dotarcia do lecznicy miała ok. 34 stopni. Otrzymała ciepłe płyny i glukozę, by zapobiec hipoglikemii oraz tlen, z uwagi na problemy z oddychaniem. Na szczęście wciąż miała odruch połykania i można było podać jej preparat mlekozastępczy, który chętnie zjadła. Do czasu wyrównania temperatury dostawała co godzinę ciepłe płyny. Widać było, że tlenoterapia przyniosła jej ulgę. Stopniowo temperatura również wyrównywała. Ponieważ nie można było wykluczyć infekcji, na szybko ogarnialiśmy dla małej leki przeciw wirusowe. Mama jeździła po nie przez pół Bydgoszczy, bo w domu mieliśmy tylko niewielki zapas. Koteczka była w kiepskiej kondycji, nad płucami słychać było rzężenia, ale jej stan się stabilizował, jadła, temperatura utrzymywała się na poziomie 37,8°C Cały czas była pod czują opieką lekarzy z lecznicy Sowa i mojej mamy. Kiedy można ją było dokładniej zbadać, USG pokazało niewielką ilość płynu w klatce piersiowej i bradykardię (zwolnione bicie serca). Niestety w trakcie badania malutka tak się zestresowała, że doszło do niewydolności oddechowo – krążeniowej. Na szczęście, dzięki sprawnej reanimacji, szybko udało się ja przywrócić do życia. Dostała dodatkowe leki, by odciążyć płuca i serce. Ponownie trafiła do inkubatora pod tlen. Reagowała ładnie na otoczenie, dokarmiana jadła, chwilami sama leżała z główką przy rurce z tlenem. Czekaliśmy, jak zareaguje na leki.
Elma i pozostałe kociaki w domu, czuły się świetnie, broiły, walczyły ze sobą i człapały po pokoju. Mimo to, doktor Jagoda z przychodni Sowa, przyjechała na wizytę domową, by ocenić kociaki. Na szczęście nie stwierdziła żadnych niepokojących objawów. Ponieważ nie wiadomo do końca, co było bezpośrednią przyczyną stanu malutkiej i nie można było wykluczyć infekcji, kociaki zostały zabezpieczone antybiotykiem i dostały dawkę interferonu.
Wieczorem stan małej wciąż był ciężki, ale stabilny. Zadecydowaliśmy o przewiezieniu jej na noc do domu. Wszystkie leki, jakie można było w takiej sytuacji podać dostała, koncentrator tlenu pożyczyliśmy z lecznicy, a w porodówce warunki temperaturowe miała podobne jak w inkubatorze. Nie było wyraźnego powodu, żeby zostawała na noc w przychodni. Liczyliśmy, że w domu będzie się mniej stresowała. Dodatkowo miałaby też dostęp do swojej mamy, jeśli chciałaby trochę pojeść. Ponieważ przychodnia nie jest czynna całodobowo, uznaliśmy, że lepszy „nadzór” będzie miała z moją mamą w domu. Po rozmowie z lekarzami opiekującymi się maleńką, stwierdziliśmy, że tak będzie najlepiej. Nie chciałam, żeby zostawała sama w obcym miejscu na noc. I tak na razie nic więcej nie mogliśmy zrobić.
Niestety koteczka nie doczekała rana 🙁 Dojechała do domu, spała w swojej budce pod tlenem i po prostu zasnęła na dobre. Według relacji mojej mamy – nie cierpiała. Po prostu odeszła… 🙁
Całą noc nie spałam i ciężko mi to wszystko pisać, będąc setki kilometrów od domu, kiedy wszystko jest „świeże”, nic nie mogę zrobić i tyle myśli tłucze się w mojej głowie. Co można było zrobić lepiej, czy gdybyśmy zostali w domu, to by się zdarzyło, co dalej z resztą maluchów itp.
Do Polski wracamy dopiero w niedzielę, do tego czasu zostało nam jeszcze kilka dni urlopu, ale nie wiem, czy będę w stanie je wykorzystać. Cały czas martwię się, czy pozostałe kociaki nie zachorują. Cały ranek spędziliśmy z Tomkiem podglądając Elmę i maluchy na kamerze. Na razie z tego co widzimy i z relacji mojej mamy – wszystko jest w porządku. Biorąc jednak gwałtowny przebieg u malutkiej, nie wiem, czy mogę spać spokojnie. Z jednej strony wiem, że ta była najmniejsza, miała najniższą masę urodzeniową i prawdopodobnie to było główną przyczyną problemów. A z drugiej – to żywe zwierzęta i nie da się przewidzieć, jak wszystko potoczy się dalej. Trzymajcie kciuki….
EDIT:
Według wyników sekcji i badań histopatologicznych, przyczyną odejścia małej było zachłystowe zapalenie płuc. Badania nie wykazały objawów infekcji bakteryjnej, ani wirusowej jako przyczyny zapalenia płuc. Zachłystowe zapalenie płuc może przytrafić się zwierzętom (i ludziom) w każdym wieku, jednak w grupie zwiększonego ryzyka są osobniki młode (szczególnie odkarmiane butelką). Przyczyną choroby jest zaaspirowanie do płuc obcej substancji (np. mleka, wymiotów), która powoduje stan zapalny i pogłębiające się zaburzenia tkanki płuc. Zachłystowe zapalenie płuc jest chorobą zagrażającą życiu nawet u dorosłych kotów, a co dopiero u takiego malucha. Leczenie jakie wdrożono u koteczki pokrywa się również z zaleceniami dotyczącymi terapii tego schorzenia. Niestety mimo naszych wysiłków, nie przyniosło efektów.
Wyniki sekcji, jakkolwiek przykre, trochę mnie uspokoiły co do zdrowia i bezpieczeństwa pozostałych maluchów. Oznaczają bowiem, że przyczyną nie była infekcja (zatem koteczka nie zaraziła się od nikogo), więc reszta miotu również nie mogła się niczym zarazić.

















