Zdrowie Whisper cz. 5
Pół roku. Tyle zajęła chemioterapia chłoniaka przewodu pokarmowego u Whisper. Przez 6 miesięcy nasze życie szło dwutygodniowym cyklem, bo takie były odstępy pomiędzy podaniami tabletek. Łysa miała dostać 12 dawek Leukeranu co 14 dni. Rozpoczęcie chemii udało nam się zgrać z moimi weekendowymi zjazdami na studiach specjalizacyjnych i grafikiem w pracy. Wszelkie wyjazdy, szkolenia, plany hodowlane, wystawy, weekendy majowe, goście, remonty i inne pomysły, musiały zejść na dalszy plan. Szczerze mówiąc, nie pamiętam z tego okresu niczego innego poza sprzątaniem, martwieniem się i badaniami kontrolnymi Whisper.
Po oswojeniu się ze ślepotą kotki (o tym TUTAJ), zrobiliśmy kontrolne badania krwi i USG (bazowe) i rozpoczęliśmy chemioterapię. Niestety nie ograniczało się to tylko do podawania tabletek.
Co drugi piątek, zaraz po porannym dyżurze, czekało mnie sprzątanie całego domu, wraz z myciem podłóg środkami dezynfekcyjnymi. W co drugą sobotę Whisper rozpoczynała dzień od tabletki przeciwwymiotnej do śniadania (nie chcieliśmy ryzykować, że zwymiotuje leki), a popołudniu dostawała Leukeran. Lek wydziela się z organizmu przez 2-3 dni, głównie ze śliną. By ograniczyć pozostałym kotom kontakt z otrzymywaną przez nią chemią, kolejne 4 dni spędzała w kocim pokoju.
Środy były dla nas kolejnym dniem generalnych porządków, z dezynfekcją podłóg praniem legowisk, poduszek z drapaków itd. Mimo, że u kotów nie notuje się drastycznego spadku odporności po chemioterapii i tak robiliśmy wszystko, by zmniejszyć ryzyko zachorowania przez Whisper. Z uwagi na moją pracę, mam większy kontakt z chorymi zwierzętami, niż przeciętny opiekun. Lampa UV, którą kupiliśmy do hodowli miała teraz dwa zadania. Po pierwsze dezynfekcję butów, kurtek, torebek itp. (które zostawały w przedsionku), żeby zniszczyć ewentualne drobnoustroje przyniesione z zewnątrz. Drugi cel, to przyspieszenie neutralizacji chemii w kocim pokoju, który po wypuszczeniu Whisper był zamykany na kilkanaście godzin z włączoną w środku lampą UV. Dzięki promieniowaniu pozostałości leku były szybciej unieszkodliwiane w otoczeniu.
Opuszczenie pokoju po kwarantannie też nie było takie łatwe dla Whisper. Jak wspomniałam, chemia wydziela się m.in. do śliny. Koty średnio myją się około 5h dziennie. Zatem zanim kotka mogła mieć kontakt z resztą zwierząt, musieliśmy ją wykąpać. Początkowo nie było łatwo, ale z czasem się przyzwyczaiła. Grafik i cykle leczenia były tak zgrane, że dni kąpania wypadały, gdy miałam popołudniową zmianę. Wracałam z pracy, szłam się dokładnie umyć po dyżurze i Tomek przynosił mi Whisper pod prysznic. Z kolejnymi kąpielami było też coraz łatwiej z suszeniem jej. Suszarka nie była aż tak straszna, jeśli leżała na blacie i wiała „z daleka”.
Zazwyczaj po wszystkim szliśmy wszyscy spać – Whisper także. A ponieważ zwykle sypia z nami pod kołdrą, mniejsze było ryzyko, że zmarznie w nocy.
Rano, pokój koci był już naświetlony UV, więc można go było posprzątać przed kolejnym dyżurem w lecznicy. Praliśmy też wszystkie legowiska z pokoju, w którym była Whisper i sprzątaliśmy pomieszczenie myjką parową. Czasem wszystkie te rzeczy przeciągały się na dwa dni, bo nie zawsze było tyle siły, by wszystko ogarnąć od razu.
Na szczęście, wbrew naszym obawom, Whisper bardzo dobrze znosiła leczenie. Nie obserwowaliśmy żadnych efektów ubocznych, a wyniki krwi na kolejnych kontrolach nie odbiegały od normy. Wylizywanie brzucha znacznie się zmniejszyło. Nie napiszę, że inne objawy ustąpiły, bo od samego początku – innych objawów nie było. Wszystko to dawało mi nadzieję, że jakoś sobie z tym poradzimy i Whisper jeszcze długo będzie nam towarzyszyć. Wierzyłam, że o zmęczeniu, stresie, łzach i chwilach zwątpienia w siebie, z czasem zapomnimy, a wtedy ona wciąż będzie z nami.
Przy okazji przerwy w rozrodzie, zajęliśmy się też cystą jajnikową u Elmirki, którą pierwszy raz zdiagnozowaliśmy we wrześniu, przy okazji badań kontrolnych (o tym TUTAJ). Ze względu na ciążę, wówczas nie mogliśmy podjąć leczenia farmakologicznego, bez szkody dla kociaków. Na szczęście terapia przyniosła efekty i w kontrolnym USG po lekach, nie było śladu po cyście. Potem Elma i Helenka na czas leczenia Whisper, zostały zaczipowane melatoniną, by zablokować rujki w tym okresie. (Elmirka dwukrotnie, bo pierwszy chip przestał działać na początku czerwca, a planowo chemioterapia miała się skończyć w drugiej połowie lipca.) Nie mogliśmy sobie pozwolić, na narażanie ich na ciążę, gdy w domu była stosowana chemioterapia.
Cody także otrzymał chip z „kastracją czasową” – Suprelorin. W jego przypadku chip musiał być usunięty po pewnym czasie. Pozostawiony, mógłby go zablokować nawet na 2 lata, a takiej długiej przerwy nie chcieliśmy mu robić. W planach było też grupowe czyszczenie zębów u wszystkich poza Whisper. Zaplanowaliśmy to tak, żeby przy okazji jednego znieczulenia od razu usunąć Codzikowi chip. Efekty skalingu (ultradźwiękowego usuwania osadu z zębów) możecie porównać TUTAJ.
W czerwcu byliśmy już w drugiej połowie chemii. Z uwagi na pogodę odważyliśmy się wypuścić koty na chwilę do ogrodu, by mogły skorzystać ze słońca. Whisper czuła się wyśmienicie i była w bardzo dobrej kondycji, więc jej również pozwoliliśmy wyjść.
Była przeszczęśliwa, biegała po trawie, jakby nigdy nie była chora i nie przechodziła właśnie chemioterapii. Co więcej – nie zauważyliśmy, żeby miała problemy z odnalezieniem się na dworze. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy chociaż częściowe widzenie się u niej zachowało.
W lipcu podaliśmy ostatnią chemię. Z jednej strony poczuliśmy ulgę, ale z drugiej cały czas istniała obawa, czy to wystarczy. Badania laboratoryjne przez cały okres leczenia były w granicach normy, ale przed rozpoczęciem terapii, też nie było w nich wielkich zmian. W rozmazie krwi przed rozpoczęciem chemioterapii widoczne były limfoblasty, których już w połowie leczenia nie stwierdzono. Na koniec leczenia także nie było ich widać w preparatach.
Decydujące miało być badanie USG jamy brzusznej, bo na jego podstawie zaczęliśmy w ogóle podejrzewać, że coś może być nie tak. Badanie zrobiliśmy w domu, aparatem, który przywiozłam z pracy. Jednak, jak wcześniej wspominałam, czasem przy własnych kotach trudniej mi zachować dystans i być obiektywną. Bałam się, że z nerwów coś przeoczę i wolałam zasięgnąć drugiej opinii.
Na początku sierpnia w lecznicy, gdzie pracuję, miało się odbyć szkolenie tylko dla naszych lekarzy. Prowadzącym był mój serdeczny kolega, doktor Jarosław Kłyszejko – Kowiel z Assi-Vet z Trójmiasta. Jarek zajmuje się przede wszystkim diagnostyką obrazową i jest w tym dobry na tyle, że prowadzi zajęcia dla innych lekarzy w całej Polsce. Cieszyłam się, że znów mogę zweryfikować własne badania ze specjalistą z tej dziedziny. Whisper była zatem przez chwilę kotem „diagnostycznym”, ponieważ jej badanie stało się przy okazji przykładem do omówienia USG jamy brzusznej w ramach warsztatów. Zaraz po jego zakończeniu, kotka pojechała z Tomkiem do domu, a ja zostałam do końca dnia na zajęciach.
Dzięki badaniu wykonanym przez doktora, uspokoiłam się, bo nie pominęłam niczego w usg wykonanym przez siebie. Śledziona, która na początku stycznia była powiększona, wróciła do prawidłowych rozmiarów. W jednej nerce było drobne zniekształcenie – prawdopodobnie pozawałowe – które najprawdopodobniej było zmianą po biopsji wykonanej w styczniu. Poza tym w badaniu krwi wszystkie parametry nerkowe i jonogram, były w normie. Węzły chłonne jamy brzusznej nie były powiększone i nie było też żadnych nowych zmian w narządach.
Dopiero po tym badaniu odetchnęliśmy z ulgą. Okres remisji chłoniaka przewodu pokarmowego przy chemioterapii pierwszego rzutu, to średnio około 2 lata, może przy dużym szczęściu 3. Jeśli dojdzie do nawrotu choroby, można próbować zastosować bardziej agresywną chemioterapię, a okres remisji po pozytywnych efektach tego leczenia to do 8 miesięcy.
Pierwsza połowa roku była dla nas trudna pod względem psychicznym (ciągła niepewność, czy leczenie będzie skuteczne) i fizycznym. Dopiero w sierpniu zdałam sobie sprawę, że już nie jesteśmy niewolnikami ciągłego sprzątania i rygorystycznej higieny. Kiedy już można było spojrzeć na chemioterapię w czasie przeszłym, dotarło do mnie też, że wbrew moim obawom całe to leczenie nie było aż tak straszne jeśli chodzi o samą Whisper. W styczniu, gdy przeczytałam diagnozę, obawiałam się jak ona to zniesie i czy nie będzie komplikacji, efektów ubocznych i powikłań. Na szczęście obyło się bez takich problemów. Wierzę, że zawdzięczamy to szybkiemu wykryciu choroby, kiedy jeszcze nie było zaawansowanych zmian. I znów dostrzegam, jaką rolę odgrywają badania kontrolne u kotów. Tę bitwę wygraliśmy i będziemy mogli się cieszyć towarzystwem Whisper jeszcze przez jakiś czas. Trzymajcie kciuki, żeby było to jak najdłużej, bo nie wyobrażam sobie naszego życia bez niej.
Chciałabym podziękować wszystkim, którzy byli z nami – wspierali, pomagali i dodawali sił. Dzięki wam przebrnęliśmy przez leczenie i wszystko co się z nim wiązało.
– doktorowi Mateuszowi Wereżyńskiemu,
– doktorowi Rafałowi Bernackiemu i zespołowi lecznicy Aura w Łochowie,
– doktor Esterze Zawłockiej – Hutny z Vetspec – Centrum Zdrowia Małych Zwierząt z Groblic,
– doktorowi Jarosławowi Kłyszejko – Kowielowi z Assi – Vet z Gdańska.
Dziękujemy!













