Badania profilaktyczne u kota – po co w ogóle o tym pisać?

Ostatnie miesiące były dla nas bardzo intensywne pod wieloma względami… Żeby wszystko opowiedzieć, będę musiała to podsumowanie podzielić na kilka postów. Zacznę od corocznego przeglądu weterynaryjnego. Na początek o tym, dlaczego w ogóle o tym mówię na stronie – to jak wyszły badania będzie w kolejnym wpisie.

Niestety tak się przyjęło, że większość uważa, że koty są generalnie zdrowe, nie chorują, a jak coś się dzieje, to znaczy, że problem jest z winy hodowcy lub właściciela. To mit – zarówno na temat ogólnego zdrowia kotów, jak i przyczyny. Wiele takich stereotypów bierze się z tego, że pewnych rzeczy czy objawów nie dostrzegamy – a skoro czegoś nie widać, to znaczy, że tego nie ma. Gdyby koty nie chorowały, to nie wiem, czy miałabym co robić w pracy – w tej chwili koty stanowią większość moich pacjentów.

DSC_0006

Czy to, że kot jest chory to zawsze jest wina właściciela lub hodowcy? Nie uważam tak. Czasem mimo najlepszych warunków, diety, miłości i mizianek – kot może kiedyś zachorować. To żywy organizm. Nawet my, przy obecnym rozwoju medycyny ludzkiej (która jest zawsze o kilka kroków przed weterynaryjną) – nie mamy gwarancji na zdrowie. Czy jeśli nasz pupil zachoruje np. na nowotwór, to będziemy szukać winy w sobie? Owszem, są przypadki niedopatrzenia, czy wręcz zaniedbania, są właściciele niedoświadczeni, którzy nie do końca wiedzą na co zwracać uwagę – a w ramach przypomnienia, koty są mistrzami kamuflażu, jeśli chodzi o kwestie zdrowotne. Dlatego istotne są badania profilaktyczne u kota, a w razie problemu – spostrzegawczość i czas reakcji, nie czekanie „aż samo przejdzie”. Na szczęście wielu jest opiekunów, którzy bardzo dbają o swoje zwierzęta i dzięki ich spostrzegawczości i regularnym badaniom, pewne problemy udaje się wyłapać wystarczająco wcześnie. Nie będę się rozpisywać, czego one konkretnie dotyczą. Powiem jedynie, że wiele z nich nie rzuca się w oczy – zapalenia spojówek, zapalenia dziąseł, osad/kamień nazębny, wczesne stadia niewydolności nerek, stresowe/idiopatyczne zapalenie pęcherza w fazie przedobjawowej, nadciśnienie, zapalenia jelit czy zaburzenia wchłaniania – to tylko kilka przykładów.

Ktoś zaraz podniesie rękę, że przecież koty wolnożyjące nie chodzą do lecznicy i żyją. Ano żyją – bez opieki stosunkowo krótko. I to nieprawda, że nie bywają u lekarza, bo klientami lecznic są również fundacje i osoby prywatne, które pojawiają się w gabinecie właśnie z takimi kotami. Owszem, nie jest to może bardzo wczesny etap diagnostyki czy profilaktyki, jak w przypadku domowych mruczków, ale wynika to z usposobienia takich zwierząt (niektóre są naprawdę dzikie i trudne w obserwacji czy „obsłudze”) i ich trybu życia (chore koty chowają się i ciężko jest je wtedy wyłapać na wizytę).

To, że u kota nie widać, że jest chory, nie znaczy też, że jest całkowicie zdrowy i należy zrezygnować z profilaktycznego przeglądu. Dotyczy to zarówno kotów żyjących w pojedynkę, jak i w większej grupie. Ryzyko niektórych chorób wzrasta z wiekiem – np. niewydolność nerek, zwyrodnienia stawów (tak, tak – koty też mogą mieć z tym problem), zaburzenia neurologiczne, spadek odporności i in.

Moim zdaniem – nie tylko jako lekarza, ale także jako opiekuna kotów – istotnym elementem troski, są badania profilaktyczne u kota. Tym bardziej w hodowli przykładamy do tego dużą wagę. Dzięki takiemu postępowaniu byliśmy w stanie szybko wykryć problem nefrologiczny u naszego adoptowanego Dziabączka (więcej na ten temat TUTAJ) i przekonać się, że to nie tylko domena kotów starszych.

_DSC0036

Druga kwestia, to czy trzeba głośno mówić, jeśli zdarza się w hodowli problem. Są tacy i jest to większość, która pewne kwestie woli przemilczeć i przed światem udawać, że ich to nie dotyczy. I nie chodzi wcale o jakieś straszne rzeczy do ukrycia. Niestety często tak mamy, że lubimy krytykować i oceniać, nawet nie znając całej sytuacji. Hejt jest domeną internetu, gdzie nie trzeba dużo wiedzieć, żeby się wypowiedzieć.

  • „Wycofują kota z hodowli? Na pewno był chory albo miał jakiś problem behawioralny i chcą się go pozbyć.”
  • „Trzymają koty dłużej przed wydaniem? Na pewno chorują i chcą to ukryć.”
  • „Kot dostał kataru? Pewnie mają tam syf i w ogóle nie szczepią.”
  • „Tamta hodowla miała jakiś problem, pewnie mają chore koty. Weźmiemy z drugiej, tam w ogóle koty nie chorują, bo nic takiego nie napisali.” itp. itd.

To tylko kilka przykładów przytaczanych przez wielu hodowców, czy opinie zasłyszane w gabinecie. I tak jak wszędzie potrafią zdarzyć się „czarne owce”, to w większości przypadków taka opinia jest niesprawiedliwa i krzywdząca. O „jakości” hodowli stanowi wiele różnych czynników. A prawda jest taka, że wcześniej czy później w każdej trafi się jakiś problem. U nas do tej pory biegaliśmy po lekarzach z Dziabączkiem, który jak pisałam wcześniej ma problem z jedną nerką, z Illy, która wskutek problemów w dzieciństwie ma zmienione jedno oczko (o tym TUTAJ i TUTAJ). Pewnie zaraz dostanę po uszach od niektórych znajomych hodowców, ale napiszę to – jeśli ktoś twierdzi, że w jego hodowli nigdy nic się nie działo, to albo ma bardzo krótki staż w tej dziedzinie, albo nie mówi całej prawdy.

Kolejna kwestia – dlaczego hodowcy o tym nie mówią głośno? Z jednej strony nie chcą z obawy o krytykę, oczernianie i wysnuwanie pochopnych wniosków – zarówno przez przyszłych właścicieli, jak i innych hodowców. Z drugiej strony – mamy też tak, że nawet jeśli problem zaistniał nie z naszej winy, to i tak mamy tendencje do obwiniania się. Hodowla to dużo pracy i większość z nas mocno się w to angażuje, również emocjonalnie, a co za tym idzie – mocno przeżywamy każdy kłopot i porażkę. Czasem po prostu nie ma siły by o czymś mówić i ponownie przez to przechodzić. Skąd to wiem? Dziabąg na początku nie dostawał żadnych szans na przeżycie, kiedy przywieźli nam go do stacji na Ukrainie. Walka o jego zdrowie zajęła kilka miesięcy. Od tego czasu wydawało się, że wszystko jest ok do czasu jednej drobnej zmiany w badaniu krwi. Szczegół, który ktoś inny mógłby zignorować lub po prostu przeoczyć. Po kolejnych badaniach i konsultacjach wyszło, że jest to najprawdopodobniej powikłanie po chorobie w „kocięctwie”. Teraz wszystkie wyniki kocurek ma w normie, jednak ja i tak nie spałam roztrząsając potem czy mogłam zrobić coś więcej by tego uniknąć. Sytuację z Illy przeżywaliśmy z Tomkiem oboje bardzo długo, dokładaliśmy wszelkich starań, by miała jak najlepszą opiekę – łącznie z konsultacjami okulistycznymi u dra Garncarza w Warszawie. Kosztowało nas to wiele… czasu, stresu, nieprzespanych nocy. O pieniądzach nie piszę, bo to rzecz wtórna, na koty nigdy ich nie żałujemy.

minatura

Dodatkowo jestem też takim typem lekarza, który angażuje się również emocjonalnie w swoją pracę – martwię się o pacjentów w gabinecie i po wyjściu do domu, zdarza się, że zostaję po godzinach lub dzwonię w ich sprawach w dni wolne. A jeśli przychodzi co do czego i muszę im pomóc skracając cierpienie – trzymam się jakoś przy właścicielu, by go wspierać, ale bywa, że płaczę na osobności. Hodowla pochłania tyle samo emocji, czasu i zaangażowania. Oddawanie kociąt do nowych domów nigdy nie jest łatwe dla żadnego z nas. (Kiedyś powiedziałam Tomkowi, że jeśli przyjdzie dzień, kiedy nie będę płakać za odjeżdżającymi maluchami, to znaczy, że trzeba dać sobie spokój. Chociaż nie wydaje mi się, żeby to nastąpiło. ) Prawdziwy hodowca przeżywa każdego swojego podopiecznego i tego zdrowego i tym bardziej problematycznego. To wcale nie jest łatwe zajęcie. Często do tego dochodzi dogadywanie się z ludźmi, nieraz bardzo trudne czy wręcz niemożliwe. Nagminne nagabywanie o obniżenie cen, nieuczciwa konkurencja czy „hodowle” z pseudostowarzyszeń. Jeśli mielibyśmy jeszcze brać na barki znoszenie krytyki i obwiniania o zaistniałe problemy – nie wiem czy ktoś w ogóle by się na to zdecydował. Dlatego większość hodowców milczy i mówi tylko o tym co jest bezpieczne i nie dokłada kolejnych zmartwień. I ja to również rozumiem. To jest łatwiejsza ścieżka, a kto przy zdrowych zmysłach chciałby dodatkowo utrudniać sobie życie?

maze-1804499_640
Jak ktoś dobrnął do tego miejsca, to pewnie pomyśli, że szukam usprawiedliwienia dla siebie za nie wiadomo co. Otóż nie. W tej chwili nasze koty mają się całkiem nieźle, o czym zaraz napiszę więcej. Po co zatem to napisałam? Jak pewnie zauważyliście, długo nie było nic na stronie. Jednym z powodów był brak czasu, związany ze zmianą pracy, szkoleniami, zmianą laptopa (i koniecznością odzyskiwania danych) i natłokiem codziennych zajęć. Drugim powodem zwlekania był właśnie dylemat czy w ogóle pisać o takich profilaktycznych kontrolach. Wielu hodowców tego nie robi (osobiście nie znam nikogo, kto chwaliłby się czymś więcej niż ujemnymi wynikami na FIV i FeLV), bo po latach doświadczenia zapewne wie lepiej. Natomiast buduje to właśnie obraz kotów jako zwierząt, które nie chorują jeśli mają dobrą opiekę. A to mit!, z którym walczę na co dzień w swojej pracy.
Oglądam wiele kotów, które trafiają do mnie zbyt późno, bo ludzie żyją właśnie w takim przeświadczeniu, że one są generalnie zdrowe. To jeden z powodów rzadkich wizyt w lecznicy. Drugi, to po prostu wstyd i obawa przed byciem ocenianym (widzicie – nie tylko hodowcy się tego boją) – „bo jak kot nie jest zdrowy, to ktoś pomyśli, że jestem złym opiekunem, a przecież ma u mnie dobrze”. Na wielu kocich grupach, jeśli ktoś napisze, że kotu coś dolega, to oprócz słów wsparcia i porad, wyleje się na niego fala hejtu, od ludzi, którzy będą uważać, że to wina człowieka. Dobre warunki i opieka wcale nie eliminują możliwych problemów zdrowotnych.

Chciałabym, żeby każdy kot, nie tylko pochodzący z mojej hodowli, miał świadomego i uważnego opiekuna. Żeby pójście do lecznicy było naturalnym zwyczajem – w ramach profilaktyki i nie było wstydem – w razie kłopotów, bo to zwiększa kocie szanse na długie życie dobrej jakości.
Ktoś musi zatem zacząć. Hodowcy często są pierwszym źródłem informacji dla przyszłych właścicieli. A przykład powinien iść z góry. Jeśli my wstydzimy się mówić o problemach i utrwalamy stereotyp wiecznie zdrowego kota, to nic się w tej kwestii nie zmieni. Dlatego mimo wszelkim poradom, by siedzieć cicho – nie będę.

Miot K & L Viosna*PL

Wiem, że robię wszystko by moje koty były zdrowe i szczęśliwe – od warunków, przez opiekę weterynaryjną, po ciągłe doszkalanie. Ale i tak mam świadomość, że prędzej czy później – nasze koty są coraz starsze – będziemy się borykać z jakimiś problemami. Wiem, że wtedy będziemy również robić co w naszej mocy, a nie udawać, że nic się nie dzieje. Nie lubię udawać, ani kłamać. Jestem osobą otwartą i chciałabym normalnie rozmawiać o naszych kotach i hodowli. Bez konieczności uważania na słowa „bo coś się wyda”. Tym bardziej, że nie uważam, żebym mogła coś sobie zarzucić w kwestii dbania o koty. Ponieważ nasza strona prowadzona jest trochę jak blog, wiem, że mamy wiele osób, które śledzą nasze kocie życie i mu kibicują. Również dlatego chcę przemycić trochę wiedzy, być po prostu uczciwa i pokazywać wszystkie odcienie, a nie tylko same blaski związane z hodowlą.